Antologia marzeń, czyli jak nie zostałem gwiazdą rocka

https://www.instagram.com/p/12SS8Jtfjl/?taken-by=karkolomnyblog

Niedawno, przeglądając rzeczy pozostawione u moich rodziców, wpadła mi w ręce płyta, dzięki której serce me przyspieszyło a gardło ścisnęło wspomnienie o latach minionych. OZZMOSIS – na sam dźwięk tego słowa po plecach mych przechodzi dreszcz, niewywołany zmianą temperatury. Płytę Ozzy’ego Osbourne’a dostałem na 18 – te urodziny od kumpli, z którymi przez 3 lata łączyło mnie jedno marzenie – zostać gwiazdą rocka.

14 (albo 15) lat świetlnych temu w wietrznym mieście Kołobrzegu, w garażowych ciemnościach powstał zespół, któremu nadano nazwę Raw Flame…. Stworzyło go 4 długowłosych młokosów: na wokalu i gitarze solowej Ściepek, na perkusji Ochota, na gitarze rytmicznej Gancu, na basie moja karkołomna osoba. Niedługo później gitarę solową przejął Jemos. Będąc pod silnym wpływem Black Sabbath, Led Zeppelin, Deep Purple, Ozzy’ego, Judas Priest i innych dinozaurów rocka, chcieliśmy zaprzedać duszę diabłu, znaleźć kostkę przeznaczenia i nagrać najlepszy kawałek na świecie. Jednak zanim to miało nastąpić zaczynaliśmy od grania takiego zacnego utworu:

Graliśmy, koncertowaliśmy i chodziliśmy 2 metry nad ziemią owładnięci marzeniami o sławie. Na początku naszej „kariery” mieliśmy wyłączność na granie na wszelkich szkolnych jasełkach i akademiach. Ale dla nas nieważne było gdzie i jak. Liczyło się tylko granie i występowanie przed publicznością. Wierzyliśmy, ba byliśmy pewni, że kiedyś nasze płyty będą sprzedawać się jak świeże metalowe bułeczki, że będziemy zasiadać w panteonie gwiazd rocka obok Metallici, Iron Maiden czy Black Sabbath. Spragnieni sławy biegaliśmy z gitarami do garażu i ćwiczyliśmy wszystkie nasze i nie nasze riffy. Abstrahując – widok gitary na moich plecach, w małej podkołobrzeskiej  mieścinie, w której mieszkałem, dawał mi status zjawiska nadprzyrodzonego. Poza próbami robiliśmy różne dziwne głupoty, które przystoją brzydkim, pryszczatym nastolatkom. Piliśmy wino na kołobrzeskich szczękach, snując plany podbicia rockowego świata i posiadania stada groupies. Prawie co piątek roznosiliśmy w posadach kołobrzeską latarnię, a waracając z niej nieśliśmy śmierć i zniszczenie na ulicach. Potrafiliśmy spędzić całą noc na oglądaniu tego teledysku:

Jednak czas szybko mija. Nadszedł maj i pora matur 2003 roku. Oto przyszedł kres naszej licealnej edukacji. Wyjazdy na studia i wkraczanie w dorosłe życie źle wpłynęły na zespół. Raw Flame zaczął się sypać. Nie wytrzymał tej próby. Choć przyczyn upadku formacji jest wiele. W tamtym czasie chcieliśmy dużo, ale byliśmy zbyt leniwi, żeby mieć więcej. Jak w porządnym rockowym zespole zaczęło dochodzić do kłótni i nieporozumień. Próby zaczęły odbywać się z doskoku. A i umiejętności zaczęły pozostawiać wiele do życzenia. Pierwszy ze składu wypadł Gancu. Z moją grą na basie i znajomością skal było jak z nauką angielskiego przez Adasia Miauczyńskiego w Dniu Świra – coś tam umiem, ale nie do końca i chyba już nigdy w pełni tego nie opanuję. Więc żeby również uniknąć przykrego rozstania z zespołem i usłyszenia „Sory ziomuś, nie chcemy już z Tobą grać. Się nie rozwijasz”, postanowiłem sam opuścić zespół. I tak z marzeń o stadionowych koncertach pozostały tylko wspomnienia o dniach minionych.

Najwytrwalszymi z naszej piątki, w dążeniu do sławy okazali się Ściepek i Ochota. Chłopaki wciąż działają prężnie na scenie rockowej. Ściepek zdziera struny głosowe w poznańskim zespole Stamina. Ochota wali w gary w stonerowej grupie Sautrus. Niedawno zakupiłem ich płytę Reed: Chapter One i przyznać muszę, że palce lizać. No nie ma się do czego przyczepić. I zbiera bardzo dobre recenzje.

https://www.instagram.com/p/12Si2Xtfj3/?taken-by=karkolomnyblog

Gancu, podobnie jak ja, wstąpił do psiej firmy.  Jemos – szlaja się gdzieś po Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu tęczy.

Moje marzenia pozostały moje i nadal tylko w sferze marzeń. Pewnym jest, że gwiazdą rocka już nie zostanę. Jednak pomimo nieudanej próby wkroczenia do Rock’n’roll Hall Of Fame pozostały niesamowite wspomnienia. Moja narzeczona Anna mówi, że jestem wiecznym marzycielem. Ale czym by było życie bez marzeń i tego świata zamkniętego w pudełku idealności, gdzie nic nie dzieje się wbrew naszej woli? Czy marzenia nie dają siły do działania?

I tak na dobranoc:

Chyba już można iść spać
Dziś pewnie nic się nie zdarzy
Chyba już można się położyć
Marzeń na jutro trzeba namarzyć.
Andrzej Poniedzielski, Chyba już można iść spać

P.S. Jakby ktoś chciał posłuchać Raw Flame’owej twórczości to Jemos stworzył kiedyś takie pudełko: https://myspace.com/crismband – po opuszczeniu zespołu przeze mnie i Ganca, chłopaki zmienili nazwę na Crism.