Karkołomny

Blog

Featured post

Best Wedding Dresees Inspiration

Rhoncus cum porta pid adipiscing, ut amet lundium odio cursus velit mauris porta? Augue risus sagittis pellentesque elit porttitor magna vut! Aenean scelerisque, mattis sagittis ac turpis cras, tincidunt? Natoque ac pulvinar elementum dictumst vel enim ac, nec aliquet rhoncus sagittis, aenean tincidunt!
Read more …

Dania, Kopenhaga, majówka

Dawno temu, bo w majówkowy weekend A.D. 2019 miałem okazję po raz pierwszy w życiu być w Danii. Ogólnie zbytnio nie różni się od innych krajów – duży ruch, tłok i wszędzie rowerzyści. Ale jest coś sympatycznego w tym kraju. Miałem tam oczywiście swoją Zorkę 5 i zrobiłem kilka zdjęć. Enjoy!

P.S. Są to ostatnie zdjęcia jakie dodaje poddane obróbce na laptopie. Od niedawna zacząłem korzystać z szerokogamutowego monitora graficznego, więc zdjęcia będą ino lepsze.

[Best_Wordpress_Gallery id=”26″ gal_title=”Dania”]

Warszawa

Warszawa to miasto, które albo się kocha albo nienawidzi. Ja mam do stolicy dosyć ambiwalentny stosunek. Nie da się jednak ukryć, że jesto to miasto niezwykle fotogeniczne. Na każdym kroku można znaleźć niezwykły fotograficzny temat, oryginalną postać czy osobliwy kadr. Przy okazji pobytu w Warszawie udałem się na spacer fotograficzny uliczkami stolicy celem zatrzymania w kadrze ciekawych chwil. Odwiedziłem akurat wernisaż Tadeusza Rolke w Domu Spotkań z Historią i zainspirowany jego twórczością starałem się zrobić niebanalne zdjęcia. Zachęcam do obejrzenia Warszawy tak, jak ja ją widzę.

Zapraszam również do obserwowania mojego profilu na 
Instagramie

[Best_Wordpress_Gallery id=”24″ gal_title=”Warszawa”]

Małomiasteczkowa trasa

Dawid Podsiadło. Wokalny talent znany powszechnie w kraju nad Wisłą. Gdy wydał płytę i ogłosił trasę koncertową, pomyślałem że warto by się wybrać, posłuchać, odstresować troszeczkę. Anusiak chłopaka uwielbia, ja lubię i szanuję.  Uznałem, że trzeba zrobić tę przyjemność żonie i pojechać na koncert. Niestety bilety kupiłem w ostatniej chwili, przez co zdobyłem miejscówki przy toaletach. Ale było warto. 01.12.2018 roku w hali Netto Arena w Szczecinie zatrzęsła się pode mną muzyczna ziemia i sprawiła, że pokochałem tego młokosa z figlarnym wąsem. I zapamiętam ten dzień jako jeden z najpiękniejszych w moim życiu.

Korki w Szczecinie, spowodowane ściągającym na koncert zewsząd ludem jak i remontami drogowymi, sprawiły, że do hali dotarliśmy 10 minut przed planowym rozpoczęciem koncertu. W Netto Arenie dopadło mnie uczucie wielkiego zdziwienia. Oto 80% uczestników koncertu to kobiety, a jakieś 50% z nich nie mogło jeszcze legalnie browaru zakupić. Powietrze przeszywała słodycz perfum. Armani, Michael Kors, Calvin Klein, Lacoste i inne droższe lub tańsze śmierdziuchy mieszały się w jedną mdlącą woń pachnidła drażniącego ze wszech miar zmysł węchu. Wszystkie one wylały na siebie hektolitry zapachów, jakby w nadziei, że Dawid wyczuje je ze sceny i poprosi o rękę.

Zazwyczaj bywam na koncertach, gdzie średnia wieku to 60 lat, a uczestnicy to starzy metale z brodami do pasa, w znoszonych skórach pamiętających lata 70te, okraszonych solidną ilością potu z motocyklowych wycieczek. Taki męski, swojski, przypominający ciepło domowego ogniska smrodek. Ja lubię. Dodatkowo większość  dla pobudzenia zażywa skrycie Geriavit Pharmaton w połączeniu z Viagrą i solidną ilością rudej na myszach. Połowa doczłapuje się na koncert z maską tlenową albo pchani na wózkach inwalidzkich. Na każdym z koncertów Deep Purple, Black Sabbath, Ozzy’ego, Slayera, Rogera Watersa czy Dream Theater zaniżałem średnią wieku. Na koncercie Podsiadło niestety podwyższałem ją. „Czas się zaopatrzyć w Geriavit” – rzekłem. Na szczęście żona nic nie wspomniała o Viagrze, więc chyba jeszcze tak źle nie jest.

Na koncertach jak każdy szanujący się fan dobrej muzyki kieruje swoje pierwsze kroki do wodopoju. Do ożywczego źródełka złocistego trunku. Zaprowadziłem więc swoją łajzę na miejscówkę i udałem się po piwo. Od razu dostałem z buta w twarz – kolejka na 30 minut stania. „Boże, ile ta młodzież chleje?” – pomyślałem. Bo średnia wieku na 200 osób w kolejce wynosiła 18 lat. Jak dołączyłem to podskoczyła do 25. Pokornie stanąłem na końcu ogonka. Po 10 minutach zacząłem wypędzać bumelantów, co to ukradkiem próbowali wcisnąć się przede mnie do kolejki. Gdy im pokazywałem gdzie jest koniec, to nagle większość sobie przypominała, że są abstynentami i dla zaspokojenia pragnienia napiją się  kranówy z kibla. Jednak nie oni byli najbardziej irytujący. Na podwyższenie mojego ciśnienia działali obywatele podchodzący z pytaniem „Przepraszam, do czego ta kolejka?”. Czy ja wyglądam na słup ogłoszeniowy? Z moim zakazanym ryjem ludzie nie powinni do mnie podchodzić. A jednak zawsze, powtarzam ZAWSZE, podchodzą do mnie z irytującymi pytaniami. Do 20 osoby spokojnie odpowiadałem zgodnie z prawdą. Po tej magicznej liczbie zapragnąłem urozmaicić swoje odpowiedzi czymś w stylu:

Ja mam po prostu czasem wrażenie, że wraz ze wzmożoną ekspansją smarpthonów ludziom zeżarło 3/4 mózgu. No jak nie ma aplikacji, to nawet nie wiedzą, że trzeba iść do kibla się wysrać. Ci co mnie znają wiedzą, że jestem do cna złośliwy, cyniczny, sarkastyczny i w ogóle to zachowuję się jak stary tetryk. W związku z czym zacząłem urozmaicać swoje odpowiedzi i mówiłem:
„Nie wiem, koledzy mnie zostawili i kazali czekać”, „Podobno na końcu kolejki można przybić piąteczkę z Dawidem”, „Do toalety”, „Jaka kolejka?”, „Do lepszego jutra” itd. itp. W pewnym momencie z hali dobiegło poruszenie. Na telebimach pokazały się napisy, że oto koncert za chwil parę się zacznie. Ja miałem jescze jakieś 15 minut do upragnionego źródełka. Większość towarzyszy niedoli z kolejki poleciała do barierek zobaczyć, co to będzie i czy to prawda, że Dawida spuszczą z dachu na spadochronie. Ja tam, uznałem, że stoję dalej. Na Black Sabbath nie zobaczyłem początku, bo kolejka do piwa się zapchała, to i dla Podsiadło nie będę robił wyjątku. Ale dach obserwowałem. Nie zobaczyłem żadnego spadochronu. Tylko mi żona po koncercie powiedziała, że w ciulika wszystkich zrobił i spod sceny wyjechał. Michael Jackson w mordę. Kolejka nieubłaganie pchała mnie do kresu niedoli. W tle leciały pierwsze koncertowe utwory: „Forest”, „No”, „Najnowszy Klip”. Patrzę a przede mną jakieś 5 osób do piwerka. Ale przy nalewaku jakieś dziwne poruszenie. Sprzedający krzątają się jak w ukropie i wykonują nerwowe ruchy. I nagle wychodzi hasło: „Przepraszamy, ale mamy awarię sprzętu z przyczyn od nas niezależnych i nie wiemy czy uda nam się ją naprawić. Niestety na razie piwa nie sprzedamy”. W głowie mojej zagrzmiało:

Wyobrażacie sobie co się stało w kolejce? Tam prawie zamieszki wybuchły jak w Paryżu. Kobita, co to pierwsza stała i już wargi oblizywała z myślą o smaku piwerka, dostała takiego ataku agresji, że nawet babci klozetowej zaczęła sądem grozić. Histeria połączona z agresją. Uznałem, że nie będę czekał aż uda im się naprawić usterkę. Zapomniałem wspomnieć, że obok była druga kolejka. Długa na 2 osoby. Do żarcia. I sprzedawali w niej bezalkoholowego Lecha Ice Shandy. Zniosłem tą pogardę i kupiłem tego pozbawionego procentów szczocha. Udałem się na miejsce. Żonie powiedziałem, że na koncercie jest tyle młodzieży, że obawiali się pozwów o rozpijanie nieletnich. Nie uwierzyła. 

Gdy schodziłem do naszej miejscówki, ze sceny wybrzmiewały ostatnie takty utworu „Dżins”. Nie spodziewałem się widoku muzyków czerpiących taką radość z widowiska, które tworzą. Dziewczyny z chórków tańczyły, Dawid się bawił, chłopaki z instrumentami byli skupieni na swojej robocie. Ale ze sceny bił niesamowity profesjonalizm. Usiadłem obok żony i zacząłem się delektować spektaklem. Scena jaką nie pogardziliby The Rolling Stones. Wizualizacje, podwieszane ekrany, opuszczane płachty, na środku zauważyłem dwie kamery. Niedawno widziałem podobne zaplecze na koncercie Rogera Watersa. 

Z każdym mijającym utworem „Co mówimy?”, „Cantate Tutti”, „Elephant”, „Pastempomat” widziałem jak Dawid bawi się muzyką, z jakką lekkością przychodzi mu śpiewanie i jaką radość mu to sprawia. Następnie przyszedł czas na „Trójkąty i kwadraty” w zmienionej ale jakżesz ciekawej wersji. Przed utworem „Block” Podsiadło trochę się pośpieszył i zapowiedział cover „Bóg” T. Love. Chyba w słuchawkach techniczni podpowiedzieli mu, że będzie co innego. Oba utwory jednak wyszły genialnie. Po tym poszły „LIS”, „Nieznajomy”, który płynnie przeszedł w „Tamagotchi” (cover Taconafide). Publiczność była rozgrzana do granic czerwoności. Ze sceny jak i z widowni płynęła masa pozytywnej energii. Odnosiło się wrażenie, że coś ciekawego połączyło artystów z publicznością i daje to obu stronom dużo dobrej zabawy. 

Następnie przyszło lekkie spowolnienie i ostudzenie emocji. Na scenie pozostał sam Dawid za fortepianem. Z głośników poleciał melancholijny utwór „Nie kłami”, który to po krótkich popisach solowych przeszedł w „Project 19”. Palce lizać. Dało się wyczuć, że nastąpił pewien moment kulminacyjny koncertu i następne utwory będą prowadzić do zakończenia. I zagrali „Nie ma fal”. Po raz pierwszy usłyszałem jak publika wyśpiewuje refren razem z Dawidem. Netto Arena żyła. Zaczęła stanowić osobny byt, który unosił się gdzieś w kosmosie. Jej serce biło, a krew w jej żyłach tłoczyła płynąca z głośników muzyka. Po „Nie ma fal” zespół Dawida Podsiadło zagrał mój ulubiony utwór „Trofea”. Jeszcze w samochodzie go słuchaliśmy z żoną, drąc przy tym paszcze jak na dwa wokalne beztalencia przystało. Czyli głośno z jeszcze głośniej puszczoną muzyką. W Netto Arenie, na żywo aż zacząłem żałować, że mam miejsca na trybunie. Kolana zaczęły mi podskakiwać jak penciny Kasztanki Marszałka i wyrywać się do tańca jęły. Dalej było jeszcze lepiej, bo zagrali „W dobrą stronę”. Aż żal było nie tańczyć. Po tym utworze muzycy kurtuazyjnie pożegnali się z publicznością i zeszli ze sceny. Wiadome było że wrócą, bo Dawid chwilę wcześniej zapowiedział, że oczywiście bedzie BIS i on nie rozumie za grosz tej instytucji i jak to i z czym się powinno jeść.

Wrócili po kilku chwilach i zagrali „Trójkąty i kwadraty” w pierwotnej wersji. Po tym poszedł hit tego lata. „Małomiasteczkowy”. Chyba nie było osoby w Netto Arenie, która by tego nie śpiewała. No nie dało się. Ilość pozytywnej energii jaka została przekazana publiczności w tym kawałku przeszła najśmielsze oczekiwania. Zakończyli jak to na wielkie koncerty przystało – spokojnie. „Matylda”, czyli utwór, który zamyka też ostatnią płytę. Było pięknie i melancholijnie. I aż żal zaczął ściskać gardło gdy kolejni muzycy żegnali się z publicznością schodząc ze sceny. Ostatni zszedł kapitan skatku. Dawid.

Koncert prowadzony był pod jednym hasłem – miłość. W kilku momentach na telebimach pokazywane były rozmowy z osobami w różnym wieku, które opowiadały czym jest dla nich miłość, co to oznacza i jak się ją powinno przeżywać. Historie to wywoływały salwy śmiechu, to wiązały gardo a do oczu napływały łzy. Niedawno usłyszałem od znajomej osoby, że płyta „Małomiasteczkowy” to tandetne teksty wyśpiewywane przez zranionego 17 latka. Otóż oficjalnie chciałbym powiedzieć, że się z tym nie zgadzam. Po pierwsze uważam tą płytę za najlepszą w dorobku Dawida Podsiadło. Wyróżnia się w warstwie muzycznej – piękne i dopieszczone linie melodyczne. W warstwie lirycznej – dojrzałość i przekaz czym jest miłość i jak potrafi namieszać w życiu człowieka. Jak rani, jak zaskakuje i jak bardzo nie możemy bez niej żyć.

Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki koncertu i wszyscy zeszli ze sceny w Netto Arenie nastąpiła cisza i ludzie powoli zaczęli wychodzić. Jednak każdy czuł, że przeżył tego wieczoru coś wspaniałego. Dawid niejednokrotnie tego wieczoru podkreślił, że jest to dla niego najlepszy koncert tej trasy. Myślę, że nie była to zwykła kurtuazja. Że tego wieczoru naprawdę miałem okazję uczestniczyć w czymś wspaniałym i podniosłym. Że nie była to zwykła sztuka dla sztuki, a naprawdę dane mi było przeżyć prawdziwe katharsis. Dawid Podsiadło pokazał, że jest absolutnym numerem jeden na muzycznej scenie Polski. Wszystko było dopracowane i dopięte na ostatni guzik. W niczym nie było przypadku a jednocześnie czuło się płynącą ze sceny lekkość i elementy improwizacji. Na osobny artykuł zasługuje interakcja Dawida z publicznością. Myślę, że gdyby nie został muzykiem, mógłby być jednym z najlepszych stand uperów w Polsce. I jeszcze jedno: gdybym miał w kieszeni miliony monet i garść godzin wolnego czasu, to pojechałbym na każdy koncert tej trasy. Naprawdę warto!

Godzina W. Czyli Polska płonie

1 sierpnia. Dzień jakże wieloznaczny i wywołujący skrajne uczucia wśród Polaków. Czy Powstanie było wyrazem bohaterstwa czy bezdennej głupoty tamtych pokoleń? Nie nam to oceniać. Ale zawsze warto pamiętać i przystanąć na chwilę w „Godzinę W” i zastanowić się nad tym, że jednak żyjemy w innych, lepszych czasach.

[Best_Wordpress_Gallery id=”22″ gal_title=”Godzina W”]

Głosuj TUTAJ

W tym roku postanowiłem w końcu wybrać się na ulicę Wyszyńskiego w Stargardzie, gdzie co roku o 17:00 stowarzyszenia narodowe przybiegają rozpalić race by uczcić pamięć uczestników Powstania Warszawskiego. Na ulicę rozciąga się wspaniały widok z wiaduktu przy dworcu PKP. Wyruszyłem tam o 16:45. Gdy przejeżdzałem pod wiaduktem malowani chłopcy pozbawieni włosów, z biało-czerwonymi opaskami na prawym ramieniu rozkładali flagę z napisem „Chwała Wielkiej Polsce”. To hasło zawsze wywołuje we mnie pusty śmiech. Bo kiedy ta Polska była wielka? Za Krzywoustego i Jagiełły? Czy chwilę przed rozbiorami za demokracji szlacheckiej? Sądząc po miłości narodowców do sloganu „Szlachta nie pracuje” bliżej im do XVII wiecznych zasad panujących w I Rzeczypospolitej. Ale też i zastanowiło mnie to hasło tego dnia. Czy żołnierze AK szli do powstania z okrzykiem „Chwała Wielkiej Polsce” na ustach? Czy raczej po prostu pragnęli wolności i chcieli wyrzucić z kraju okupanta. Bo oni mieli o co walczyć i mieli realnego wroga. W przeciwieństwie do chłopców narodowców, co to z Witoldem Pileckim na klacie walczą z Unią Europejską, Angelą Merkel, Tuskiem i żydowskim najeźdźcą. Wrogowie tak realni jak Oko Saurona. I tylko Pileckiego szkoda. Że tak sobie nim gębę wycierają.

Niemniej zbliżała się 17:00. Połaziłem chwilę po wiadukcie szukając dobrego kadru. Zrobiłem próbne zdjęcia i ustawiłem aparat, tak aby nic już nie zmieniać w trakcie całego wydarzenia. I nagle zawyły syreny. Chłopcy i dziewczęta stanęli na baczności a w ich prawiach zapłonęły race. Zauważyłem, że z lewej strony wysnuwa się czerwony dym. I zaczyna mieszać się z białym dymem rac. Zaczął tworzyć flagę biało – czerwoną. Miałem mało czasu na zrobienie dobrego zdjęcia, bo wiatr zaczynał rozwiewać kłęby dymu. Zrobiłem dosłownie 3 zdjęcia, z których to jedno wyszło tak, że nadaje się do pokazania światu. Chłopcy i dziewczęta z racami i biało czerwony dym. Polska płonie. Polska jest podzielona. Społeczeństwo dzieli się na patriotów i zdrajców. A definicja patrioty zależy od punktu siedzenia. Cała impreza trwała około minuty. 60 sekund dymu i pamięci. 60 sekund okrzyków „Cześć i chwała bohaterom!”. A wszystko wyglądało jak w latach 30tych w Niemczech. Gdy zniewolone umysły narodu niemieckiego wykrzykiwały „Sieg Heil!” na cześć małego człowieka z wąsem. I przeraziło mnie to.

Po tych 60 sekundach ku chwale uczestników Powstania Warszawskiego, całe to narodowe towarzystwo rozeszło się w 30 sekund. Pamięć minęła, zrobiła się cisza i wszystko wróciło do swojego starego rytmu. Jakby te 60 sekund nigdy się nie wydarzyło. I tylko ulice przypominały, że jednak coś się tutaj działo. Bo cała narodowa brać wyrzuciła zurzyte race pod siebie i zaścieliła ulice odpadami. A nic nie wywołuje we mnie większej złości niż bezmyślność i syf na mieście. I pomyślałem sobie czy powstańcy o taką Polskę walczyli? Czy brud pozostający po eventach ku ich czci, to jest to o czym marzyli? Czy ich życie rzucone na stos zasługuje tylko na 60 sekund pamięci i syf na ulicach?

Jadąc na zachód

Postanowiłem wziąć udział w konkursie National Geographic i Cyfrowego Polsatu. Nie zależy mi na wygranej. Chcę sprawdzić czy moje zdjęcia są w stanie kogoś zainteresować i zwrócić czyjąś uwagę. Konkurs kończy się 30 września. Zdążę jednak dodać jeszcze kilka zdjęć. Każda fotografia będzie okraszona krótką historią stworzenia.

[Best_Wordpress_Gallery id=”20″ gal_title=”Jadąc na zachód”]

Głosuj TUTAJ

Temat do powyższego zdjęcia siedział mi w głowie od pół roku jak nie dłużej. Codziennie przejeżdżałem tym wiaduktem do pracy i codziennie w głowie miałem, że to zacne miejsce na zdjęcia o zachodzie jest. Co chwila zdarzało mi się to wypowiedzieć głośno. Po 10 takiej wypowiedzi Anusiak zaczął mnie strofować “Zamknij ten głupi ryj i przyjedź zrób zdjęcie”. Po 100 zaczęła mnie bić w aucie. No weź tu się zbierz jak zawsze coś człowieka od wyjścia z domu odciąga. A to “Klan”, a to “Na Wspólnej”, a to “M jak miłość”. Wiadomo jak jest. Ciężko odrabia się pracę domową z takim repertuarem w telewizji i wszystko odciąga Twoją uwagę.

No, ale w końcu się zebrałem. Założyłem polarek i pojechałem na wiadukt. 25 kwietnia był. Wieczór. Niby ciepło a ze Skandynawii przypałętał się jakiś chłód. No wiało niemiłosiernie na wiadukcie. Mój styrany statyw wymagał dodatkowej stabilizacji, więc musiałem go za hak obciążyć plecakiem. Mimo wszystko zdjęcia jakoś mnie nie wychodziły. Żadna fotografia nie była zadowalająca. Dodatkowo w głowie miałem ujęcie pięknych rozciągniętych samochodowych świateł, a tu jak na złość ruch mizerny. 1 auto na 15 minut. Nie chciałem robić złożenia kilku zdjęć w Photoshopie, bo zależało mi na 1 porządnym zdjęciu. I stałem tak na wiadukcie, a naokoło niczego nie było widać. Zimny wiatr sprawił, że moje palce stały się zgrabiałe i coraz trudniej było zmieniać ustawienia w aparacie. Śpik mnie wisiał po piąty knefel*. Moje myśli kierowały się już do samochodu i odjazdu do domu.

Gdy nagle w oddali zauważyłem kolumnę pojazdów z transportem gabarytowym. Wiedziałem, że to jest to. Akurat jechały ciężkie wózki widłowe z Kalmara. Czyli firmy co to daje mi wikt i opierunek. Ustawiłem aparat, sprawdziłem ustawienia, chwyciłem pilota w dłoń i czekałem. Sekundy mijały. Czas się dłużył. Ja coraz bardziej się bałem, że moje zgrabiałe ręce nie zsynchronizują się z wysyłanym przez głowę impulsem do naciśnięcia spustu i cały misterny plan w pizdu. Auta były coraz bliżej. Sytuacja zrobiła się napięta jak guma w gaciach. Nacisnąłem. “Chyba się zgrało?” – pomyślałem. Teraz było już tylko czekać. Czas naświetlania ustawiłem na 30 sekund. Trwało to wieczność. Auta przejeżdżały a ja coraz bardziej myślałem, że coś pójdzie nie tak. Usłyszałem, że lustro się zamknęło. Widzę to zielone światełko z tyłu korpusu aparatu i czekam, aż na wyświetlaczu pojawi się te kilka megapikseli szczęścia. Trach! Na pierwszy rzut oka bez zastrzeżeń. Sprawdzam histogram – no prawie idealnie. I tak minęły 2 godziny w zimnie tylko po to, żeby ustrzelić 1 (słownie jedno) zdjęcie warte podzielenia się ze światem.

Ustawienia: Nikon D5300, Nikkor 18-105, f/14, ISO 100, 30s, ogniskowa 18 mm

*Gil z nosa wisiał mi po piąty guzik w koszuli

Janusz na wakacjach – dolce vita, pot z tyłka i brak ogórków kiszonych! Czyli ukrop!ne Włochy

Połowa lipca. Nadszedł czas upragnionego urlopu. Bilety samolotowe kupione pół roku wcześniej. Toskania wyczekiwała naszej wizyty niczem nasłonecznione zachodniopomorskie plaże zorganizowanego najazdu Januszy z Wielkopolski i Dolnego Śląska. Mówiąc krótko – jakbyśmy wylądowali na plaży w Mrzeżynie, to nikt nie zauważyłby różnicy. Ale spakowani ruszyliśmy w drogę podjarani jak afrykański imigrant na wejście na statek do Europy.

Problemy pojawiły się na lotnisku w Berlinie. Jak to zazwyczaj próbując wrzucić bagaż podręczny do luku, żeby się z nim nie tarabanić przez te wszystkie bramki, okazało się, że trzeba zapłacić za to 6 Euro. Myślę „nie będzie Niemiec pluł mi w twarz i nie dam zdziercom zarobić”. I gdy już miałem wykrzyczeć „verfluchten banditen” i niczem Jan Maria Rokita rozpocząć wojnę z germańskim okupantem, oprzytomniałem. Przecież w podręcznym jedzie 2 kilo krakowskiej, 3 pętka zwyczajnej, 1,5 kilo kabanosów, żubrówka i koper dla ciotki Haliny, co to we Włochach już 30 lat mieszka. Myślę „ciul z tą kiełbasą i żubrówką, ale jak mnie za 20 gram kopru zwiną, jak za próbę przerzutu narkotyków?”. No to potulnie schyliłem głowę i poszedłem zapłacić te 6 Euro haraczu, pod nosem wyklinając na niemieckich bandytów. Reszta już poszła gładko. Wylecieli, dolecieli, dojechali do ciotki, która na przywitanie ugościła nas iście po polsku wielką włoską kolacją.

Pierwszego dnia postanowiliśmy skromnie przespacerować się po kurorcie Montecatini Terme. Wyszliśmy na miasto jako ten Janusz z Grażynką, czując się jak państwo na włościach, bo przecież wszyscy miejscowi wyczekiwali naszego przyjazdu, abyśmy mogli zostawić tutaj swoje miliony. Nobless oblige, czyli płacę to wymagam. I gdy tak szliśmy wieczorem po centrum poczułem, że nie jestem tu jedynym Januszem, który przechadza się jak po swoim. Ścisk jak we Władysławowie w pełni sezonu. Nijak przejść na spokojnie a zewsząd wołały nas kolorowe wystawy straganów, zachęcające lukrem i tombakiem. No Zakopane pełną gębą. Brakowało tylko zdjęć z białym misiem. A każdy z turystów wylał na siebie chyba cały flakonik perfum, bo to przecież jakoś słonawą woń potu cieknącego po plecach trzeba zagłuszyć. I powietrze wypełnione było słodyczą pachnideł, które w połączeniu z klaustrofobicznym turystycznym ściskiem przyprawiały o mdłości. „Nic to” mówię do swojej Grażynki „jutro będzie lepiej, jedziemy na plaże”. Anusiak uśmiechnął się z politowaniem i rzekł pobłażliwie „Oj, Janusz, Janusz”.

Pobudka następnego dnia nie była zachęcająca. Obudziły mnie krople potu kapiące z czoła. Ukrop! Dżizas, jak tu się porządnie rano na wakacjach browarka napić? W Mrzeżynku to bym wyszedł przed namiot, strzelił januszowy hejnalik i byłbym szczęśliw do końca dnia. A tutaj? Dyć wypicie browaru przy 32 stopniach o 7:00 rano sprawi, że zasnę do 15:00. I cały dzień w plecy. A poza tym jakiego browaru, jak tu tylko wino piją. I nawet słodkiego nie ma tylko wszystko kwaśne i wytrawne. I tak już 3 dnia zamarzyła mi się Polska. A tu mnie Anusiak ciągnie na wycieczki jakoweś po Italii! Dobrze, że chociaż potrafi po ichniemu, to mnie sprzedawca kanapek na Euro nie oszuka. No ale wstałem i ruszyliśmy nad morze. Środek tygodnia był, to chociaż plaża w połowie wolna. Przyjemny wiaterek niwelował ten piekielny gorąc. Można było wejść do wody. A ta słona pieruńsko, jak zupa ogórkowa na zakładowej stołówce. Co mnie z tego, że nieziemsko czysta, jak pali język i szczypie w oczy? To już wolę ten nasz rodzimy Bałtyk z sinicami i mazutem. Ale przynajmniej swój. Niesłony, zimny, pachnący śledziem, cudowny!

Przeżyłem te kilka dni. Na przemian wycieczki i morze. Anusiak zaplanował. Po 10 dniach na wypożyczonym aucie miałem przejechane 1700 km. Jak widzę kluczyki od auta, to mam ochotę ciepnąć je w otchłanie Hadesu. I jeszcze to jedzenie. Tylko pasta, makaroni, risotto i owoce morza. A gdzie ziemniaczek, karkóweczka i schabowy? Te kilka dni z prosciutto, salami i serem sprawiło, że ochota mnie na golonkę wzięła. Przypomniałem sobie o kabanoskach w lodówce ciotki Halinki. To mnie Anusiak zatrzymał i zrugał niemiłosiernie. „Stop jełopie, to dla ciotki, ty sobie w Polsce zjesz” – rzekła i dała kopa do pokoju. A mnie w sennych omamach taki obraz się ukazał: ja, cały na biało, na ogrodzie swoim kosztując kabanoska, popijając czystą Luksusową i zagryzając kiszonym tudzież małosolnym. Wyborowo! A tutaj ani Żytniej, kabanoski zamknięte w sejfie, a kiszonego to sobie mogę wyguglować.

I tak jak zwiedzałem i próbowałem wypocząć nad słoną wodą zacząłem się zastanawiać, jak te wszystkie ludzie wytrzymują te wakacje All exclusive? Gorąco, słono, rozwodnione drinki, denerwujący rezydenci i jeszcze bardziej irytujący hotelowi animatorzy. Ale każdy Janusz wrzucić musi na fejsbuczka zdjęcia z plaży przy 37 stopniach, że jest cud, miód i orzeszki! Zarzekając sie przy tem, że w Polsce to jest be i syf. A ja tam kocham nasz kraj i następne wakacje zamierzam spędzić deszczowo w zachodniopomorskim kurorcie! Lepsze to niż męczyć się w luksusach i udawać żem Pan!

P.S. Jeszcze tu siedzę w Italii. Pisząc to jest 37 stopni. Smoła na ulicy sie gotuje. Po powrocie opiszę wam jednak co tu ciekawego można zobaczyć, co dobrego zjeść i jak przeżyć bez narzekania.

Nie bądź osioł – jedź to Torunia!

Toruń – miasto studenckich uniesień żony mojej. Anusiaka czyli. Miejsce, w którym również i ja chciałem kiedyś studiować, ale tak oblewałem z kolegami maturę, że zapomniałem tam papiery złożyć. Więc wylądowałem w Szczecinie.

Do Torunia pojechaliśmy na początku kwietnia. W ramach akcji „Polska zobacz więcej” organizowanym przez Ministerstwo Spotu i Turystyki. Wykupiliśmy weekendowy pobyt w hotelu i ruszyliśmy do stolicy piernika.

https://www.instagram.com/p/BTbCcJDhDiv/?taken-by=karkolomnyblog


Nie miałem podczas tej podróży czasu na robienie wysublimowanych zdjęć z panoramą Torunia  w tle, czy pięknych fotografii podczas zachodów czy wschodów słońca. Dlatego postanowiłem na nich uwiecznić to, co wpadło mi w oko podczas spacerów toruńskimi uliczkami. Mimo, że dziecko wykazywało czasami oznaki znużenia.

https://www.instagram.com/p/BTomlPLBy_d/?taken-by=karkolomnyblog

https://www.instagram.com/p/BTvZ8d4hedu/?taken-by=karkolomnyblog


Jeśli będziecie w tym mieście to koniecznie musicie odwiedzić restaurację Jan Olbracht – wyśmienite jedzenie i piwo ważone na miejscu. Pyszota. A śledzie to robią takie, że lepsze niż szynka. Ja wolę.

https://www.instagram.com/p/BTuIFecB6BS/?taken-by=karkolomnyblog


Narobiłem w Toruniu tyle zdjęć, że koleżanka namówiła mnie do udziału w konkursie „Portret z kujawsko-pomorskim zabytkiem w tle”. No to wysłałem zdjęcie grzdyla rozłożonego na toruńskiej starówce. W ogóle nie chciała współpracować. Czyli iść dalej. Nie było co tracić nerwów, więc wziąłem Zorkę 5 i zrobiłem kilka zdjęć. Tak dobrze wyszło, że dostałem wyróżnienie w konkursie i mogłem pojechać do Ciechocinka, odebrać nagrodę. W Ciechocinku też nigdy wcześniej nie byłem. Więc wycieczka do Torunia przyniosła same korzyści. I zdjęcie, które obiegło cały świat. A przynajmniej 1/4 kujawsko-pomorskiego:

https://www.instagram.com/p/BY0kVP5BluC/?taken-by=karkolomnyblog


I mogę Wam powiedzieć jedno – Toruń to nie tylko pierniki! Więc nie bądź osioł – jedź do Torunia!

[Best_Wordpress_Gallery id=”15″ gal_title=”Toruń”]