Karkołomny

Blog

Top Trends in Bridal Colors for 2017

Integer nisi enim urna mattis magna vut aenean pulvinar aliquet ridiculus, cum nisi aenean tempor ridiculus lundium natoque sed risus! Rhoncus quis arcu vut. Urna, integer sagittis pulvinar et auctor, cras natoque, urna auctor adipiscing dignissim, facilisis tortor enim lorem dignissim cursus!
Read more …

Enlightenment Is Not Just One State

Cum dapibus elementum dolor tincidunt ut egestas platea eu cras rhoncus tristique in tortor magna, ridiculus dis penatibus cras scelerisque! Magnis lundium vel a integer magnis, sagittis egestas hac vut, rhoncus tortor! Integer, porttitor! Massa!
Read more …

Co zrobić gdy dziecko nie chce się kąpać?

W ostatnim czasie gnębią mnie dwa problemy. Pierwszy dosyć prozaiczny: nie mam weny do napisania czegokolwiek, przez co karkołomnego bloga czytają tylko żona, rodzice i teściowa. Drugi jest dość mocno skomplikowany: Olka nie chce się kąpać.
I nie wiem czy młoda sprawdza swoją odporność na brud, czy testuje cierpliwość starego, czy po prostu ma takie widzimisię.
 
Choć przyczyna jest znana, nie wiadomo jak nad nią zapanować. Oto pewnego jeszcze zimowego dnia będąc w Rossmanie wpadłem (w moim robolskim mniemaniu) na zacny pomysł: kupiłem dziecku pastylki koloryzujące wodę do kąpieli. Wybrałem zacną niebieskość imitującą morze niczem na lazurowym wybrzeżu. Że wieczór był, to co sił w nogach pognałem do domu co by czym prędzej nalać wody do wanny i wykąpać Oleństwo. Podjarany byłem jak arab na kurs pilotażu gdy wrzucałem tabletkę do wody i zobaczyłem jak zabarwia się na kolor w stylu „bałtycki niepokój” z podkołobrzeskich plaż. No dobra. Lazurowego wybrzeża nie ma ale też jest znakomicie. Biorę mojego klona i z zachwytem pokazuję przygotowaną dla niej kąpiel. Olka popatrzyła na wodę. Następnie spojrzała na mnie jak na debila i z miną wyrażającą obrzydzenie rzekła: „Tata, Ola nie myć”. Zgłupiałem. To ja tutaj się staram a przyjdzie takie małe ledwo gadające i całą radość zabierze mnie staremu? O, nie! Nie dając za wygraną próbowałem zachęcić Oleństwo żeby wrzuciła do wanny lalę. Młoda przytuliła swoją zabawkę do mycia jeszcze mocniej, pokręciła głową i pokazując mi jednocześnie otwartą dłoń (jakby rzec chciała „Talk to the hand”) powiedziała krótko, zwięźle i na temat: „Nie”. Prosiłem, błagałem, kajałem się. Po kilkuminitowych negocjacjach młoda dała się przekonać. Poświęciłem swoją męską godność i zgodziłem się na popołudnie zabaw lalkami. Co mi tam.
 
Ochoczo rozebrałem grzdyla i włożyłem do wanny. Niestety ten mój wizualno – behawioralny klon zbyt bacznie zaczął obserwować wodę. Po minucie od rozpoczęcia kąpieli zobaczyła w wodzie paproch… Reakcja była niczem z filmu „Szczęki” – natychmiastowa ucieczka z wody. Gdyby była większa to zapewne wyskoczyłaby z wanny. Wstała, uczepiła się mojego ramienia i z krzykiem rozpaczy zawołała do mnie: „Tato, be!”. Na nic moje tłumaczenia, że to tylko paproch i zaraz go wyciągnę. Na nic mój heroizm w łapaniu owego rekina w wannnie. Olka tak jak stary nie lubi pływać w syfie (jak mam wejść do jeziora, rzeki czy morza to aż mnie trzęsie z obrzydzenia przed wodorostami i innymi pływającymi tam badziewiami). No, ale że w wannie? I to w domu? Wskoczyła 5 poziomów wyżej ode mnie.
 
Cóż było robić? Wyciągnąłem bajtla, wysuszyłem, ubrałem i położyłem do spania. Następnego dnia zaniechałem barwienia wody na niebiesko. Ale Oleństwo stanęło okoniem:
– Tato, Ola nie myć.
– Dlaczego Oluś?
– Tato, papot.
– Paproch? – mówię zdumiony – przecież tata powyciągał wszystkie paprochy z wody.
– Nieee, tato papot. Ola nie myć.
 
Załamka. Przecież kąpiel młodej to taki nasz rytuał od jej narodzin. Że już tak dorosła, że mnie nie potrzebuje czy co? Nic to, dziecko umyć trzeba. Więc jako nowoczesny rodzic rozpoczynam negocjacje, tłumaczenia i próbuję przekonać. 
Dupa. Gadka jak ze ścianą. Uparta jak ojciec. Złość zaczęła we mnie wzbierać. Na siebie. Że taki uparty jestem jak osioł. I to małe dwuletnie tamagochi ma ten paskudny charakter po mnie. Nie mogła przejąć w genach miłości i otwartości do ludzi po matce. Musiała po mnie upór i socjopatię. „Dżizas!” – krzyczę w myślach. I zaczynam się zastanawiać jak Ci ludzie niektórzy ze mną wytrzymują. Żona w szczególności.
No ale czas mija, a tłumaczenia odbijają się u mur zwany „Nie”. Po 15 minutach i na granicy nerwów wziąłem Oleństwo do wanny. To było najszybsze mycie świata i jednocześnie moje najdłuższe 30 sekund w życiu. Młoda wczepiła się we mnie, krzycząc „Papot! Papot!”. Aby dziecku stresu zaoszczędzić namydliłem ją szybko i postanowiłem spłukać prysznicem. Niestety. Młoda wytrąciła mi go jakoś z rąk. Oczywiście słuchawka musiała tak wylecieć żeby najprzód polać mnie całego a później całą podłogę w łazience. Klnę w myślach i nerwy moje już na granicy są. Młoda krzyczy. Dom wariatów. Wyjąłem, wysuszyłem, ubrałem i położyłem do spania.
 
I otworzyłem browara, bo to za dużo stresu jak dla mnie. Gdybym był nowoczesną matką to pewnie bym wpisał na jakimś forum facebookowych mamusiek pytanie „Co zrobić gdy dziecko nie chce się kąpać?” i natychmiast dostałbym pińcet dobrych rad od różnych mamusiek. A jedna przez drugą prześcigałyby się w tym czyjej rada jest lepsiejsza. Ja bym dodał im tylko do zadania level hardcore: Oleństwo następnego dnia schowało korek do wanny. Taka łajza uparta. Co zrobić? Jak żyć?
 
P.S. Żeby nie stracić 5,99 zł wydanych na barwnik do wody, używam go do swoich kąpieli. Wanna ma jakieś 100 cm. Ja 185. Więc lekko wystając nogami wyleguję się w odmętach lazurowego wybrzeża.

Mądre drzewo i szalejący karzeł

#Dobrazmiana dąży do samozagłady. Jak nie rozbijają się samolotami pod brzozą, to jeżdżą z pękniętą gumą lub grają w „kto pierwszy stchórzy na czerwonym świetle”. I zawsze ich niepowodzeniom lub ewentualnym wypadkom winni są parszywi reakcjoniści sprzeciwiający się władzy jedynie słusznej i sprawiedliwej.

Ignorancja rządzących sięga zenitu. Co chwila słyszymy o popisach Misiewicza, idiotycznych wpisach Pawłowicz czy alternatywnej rzeczywistości Macierewicza. Nad wszystkim czuwa łagodna broszka Beaty Szydło, głupkowaty uśmiech Andrzeja i idiotyzm Płaszczaka. A za nimi wszystkimi stoi opiekuńcza ręka naszego słoneczka narodu. Naszego człowieka wolności. Tfu. Naszego. Ja się o taką wolność nie prosiłem.

Nie wiem jak Wy, ale ja z tą ignorancją władzy czuję się jakby mi ktoś srał prosto na głowę. Co chwila słyszę, że albo jestem gorszego sortu albo człowiekiem specjalnej troski. I wkurwia mnie to niemiłosiernie. Moją złość potęguje fakt że inwektywy te kieruje wobec mnie 70 letni zakompleksiony człowiek, który opił się tupolewówki i wszystkich naokoło obwinia o śmierć brata. Tylko nie siebie i swoich kolegów. I ich arogancji wobec wszystkiego. Szczególnie wobec prawa, sprawiedliwości i obywateli.

A tutaj słyszę nagle, że w środę Pan Antłan wraz ze swoimi kierowcami postanowił zabawić się w Super Froga (który to niegdyś szalał po ulicach Poznania) a jednocześnie być lepszym od Hamiltona i pozapierdalać troszeczku na trasie od Torunia do Warszawy. Łamiąc wszelkie możliwe przepisy drogowe aby przebyć odciniek 260 km w 1 godzinę i 45 minut, po drodze doprowadzając do wypadku. Gratuluję wyobraźni panu siwemu. No ale żeby mieć wyobraźnię to trzeba mieć mózg. A Antłanowi natura poskąpiła tego organu. Albo po prostu zrobiła go idiotą. Swoją drogą wkurwia mnie to, że nikt tego naszego misiaczka nie próbuje pociągnąć do odpowiedzialności. Bo jak nic zachowanie kierowcy wyczerpuje znamiona czynu sprowadzenia zagrożenia w ruchu lądowym w zamiarze bezpośrednim. Kierowca wiedział, że może doprowadzić do wypadku (w końcu już jeden po drodze spowodował) a mimo wszystko w dupie miał życie innych ludzi. A Macierewicz powinien usłyszeć zarzut współsprawstwa. Bo przecież to on dowodził tym całym konwojem. Antłan może i jako poseł i minister stanowi prawo, ale nie może stać ponad prawem, wobec którego wszyscy są równi. No ale cóż. To na pewno oni czyhali na życie Antoniego. Bo na niego zawsze czyhają tajemniczy „ONI”. Jak kiedyś miałem interwencję wobec człowieka, który widział i słyszał „onych” to go na oddziale 5 na Mącznej w Szczecinie zamknąłem. Że w psychiatryku czyli. Bo to by było wymarzone miejsce dla Antłana.

I jeszcze ten tytuł „Człowieka wolności” dla Jarosława. Zastanawiam się za co? Przecież jest tylko zwykłym, szeregowym posłem. Nie ma wpływu na nic. A dostaje tytuł człowieka wolności. I kurwa jakiej wolności? Czyli że przez 32 lata swojego życia spędziłem w niewoli i Pan Jarosław mnie wyzwolił? Dziękuję Ci drogi królu polskiej polityki, że wyzwoliłeś mnie spod jarzma liberalnego, umiarkowanego rozwoju i pozwoliłeś mi żyć w świecie wolnym od rozumu. A słyszeliście co Pani z Broszką na przedzie mówiła dziękując Jarosławowi? Zacytuję:

 Źróło: gazeta.pl  

Droga Pani Premier! Ja nie chcę w Polsce rasizmu, ksenofobii, nacjonalizmu i galopującej nienawiści. Tymczasem z każdej strony słyszę krzyki o wielkiej Polsce, o śmierci wrogom Ojczyzny, o goleniu na łyso kobiet, o wieszaniu KODziarzy. I zastanawiam się jak mam uchronić dziecko przed zgubnym działaniem tego gówna. A Pani i jej rząd na to pozwala. A w szczególności ten skarlony człowiek wolności. Do tego czy Polska jest bezpiecznym krajem? Czy może być bezpiecznie w kraju gdzie banda wyznawców wielkości narodu najpierw urządza burdę w barze z tureckimi bułkami, a gdy jeden z tych wielkich Polaków zostaje dźgnięty nożem to reszta debili urządza rozpierduchę na pół miasta. Niech Pani powie, że Polska to bezpieczny i tolerancyjny kraj tym wszystkim pobitym Włochom, Portugalczykom, Hiszpanom, Francuzom, Turkom, Ukraińcom czy Gruzinom tylko dlatego, że miłościwi Polacy myśleli, że idą na pięści z bojownikami ISIS tudzież chcieli spuścić manto komuś kto nie jest Polakiem, żeby później brylować na salonach.

Nienawidzę gdy ktoś próbuje zrobić ze mnie idiotę. A obecna władza cały czas pluje mi w twarz i mówi, że deszcz pada. Gdy ja widzę czarne, Kurski ze świtą mówią, że to białe. 7 lat w Policji nauczyło mnie pokory, cierpliwości a przede wszystkim działać zgodnie z własnym sumieniem. Nasłuchałem się pod swoim adresem niewyszukanych wyzwisk, niespełnionych obietnic zabicia mi matki, żony a przy okazji życzeń wychędożenia mnie przez czarnego. Przy każdym takim idiocie siedziałem cicho. Bo nie zwykłem rozmawiać z debilami i podejmować z nimi polemiki. Ale gdy widzę jak #dobrazmiana, PiS i zakompleksiony karzeł robią ze mnie idiotę to nie potrafię siedzieć cicho. Wzbiera we mnie coraz większa złość wobec ich arogancji. Przeczytałem ostatnio w ciekawej książce „Dysforia” Marcina Kołodziejczyka taki cytat: „Czy mądre drzewo walczy z wiatrem? Nie walczy, ono się zgina i wiatr po nim spływa, nie czyniąc szkód”. Ale ile można zginać się przed huraganem idiotyzmu jaki funduje nam obecna władza?
 
„A gdyby spojrzeć na to inaczej 
Że władza to miejsce dla idiotów 
Wtedy sytuacja wygląda normalnie 
Bo wszyscy żyjemy w domu wariatów”
Dezerter „Choroba”
 
P.S. Pink Floyd w utworze „Pigs (Three Different Ones)” ma taki znamienny tekst: „Z zaciśniętymi ustami i z zimnymi stopami, Czy nie czujesz, że nadużywasz władzy?”. Po wygranej Trumpa Roger Waters zrobił takie wizualizacje w trakcie koncertu w Meksyku (zastąpcie głowę Donalda głową Kaczyńskiego albo Macierewicza a wyjdzie to samo)
 
 
 
 

Każdy ma swojego Donalda

W USA rzecz się stała niesłychana! Prezydentem został ten, który nie powinien. Bo wszyscy mówili, że szans na wygranie nie ma żadnych. Gdzie nie spojrzeć, tam każdy krzyczał, że cham, prostak, świńska grzywka, szowinista i słoma mu z tych pierońsko drogich butów wystaje. A jednak wygrał.

Facebooki i Tweetery zostały zalane falą komentarzy, jak to źle będzie przez Trumpa. I wszyscy powtarzają po sobie, jak te barany na pastwisku, że tragedia. Efekt stadny jak się patrzy. Każdy osioł wychodzi z założenia: „Chuja wiem o Trumpie, ale wrzucę tekst, że przez niego będzie źle, bo wszyscy tak robią”. A tak naprawdę wiedza większości z Was o Donaldzie z Ameryki sprowadza się do tego, że ma kasy jak lodu, włosy zrobione z futra dziewic, pomarańczową twarz i biegają wokół niego fajne dupeczki.

Dlaczego Trump wygrał?

A dlaczego wygrał PiS i Duda, tzn. Kaczyński, nasze słoneczko Narodu? Dlaczego wygrał Orban na Węgrzech i Erdogan w Turcji? Dlaczego we Francji coraz większym poparciem cieszy się Front Narodowy, a w Niemczech prawicowo – populistyczna partia AfD (Alternatywa dla Niemiec)? Bo społeczeństwo jest głupie? Było zawsze. Po prostu nastroje ludności na całym świecie się radykalizują. Sprzyja temu kryzys ekonomiczny, zamrożone płace, większe trudności w dostępie do dóbr doczesnych, a do tego kryzys migracyjny. Świat się nachlał wysokoprocentowej wolności a teraz rzyga tą całą swobodą, spuszczając wszelkie osiągnięcia budowanego przez lata dobroczynnego kapitalizmu w kiblu. I szuka przy tym bata, który przypilnuje aby ludzkość tyle nie chlała. A kacem i rzyganiem będąc zmęczonym społeczeństwo słucha debili, którzy obiecują abstynencję i dostatnie życie. A cóż może być lepszego niż obietnica przywrócenia wielkości ojczyzny, wypędzenia obcego kapitału, rozwoju rodzimych przedsiębiorstw, eksmisji i nie wpuszczana imigrantów, osądzenia tamtych albo onych (każdy obcy to zdrajca i wróg przeca). Społeczeństwo chłonie takie obietnice jak gąbka. Bo 80% ludzi nie filtruje informacji, które do nich docierają (na szczęście ja piszę do tych 20%). Czasami gdy słucham opowieści Narodu stojącego w kolejce w sklepie to strach mnie oblatuje, że osobniki z IQ na poziomie 80 mają prawa wyborcze. Dochodzę do wniosku, że ludziom da się wcisnąć największą głupotę. A jak się ma krawat to w ogóle wszyscy są kupieni. Choćby człowiek udowadniał, że ziemniak nie jest kartoflem.

A co obiecał Trump w kampanii wyborczej? Obniżkę podatków, płacę minimalną na poziomie 15 dolarów za godzinę (Clinton dawała 12,5 – głupia), mur na granicy z Meksykiem, deportacja nielegalnych imigrantów, Hillary Clinton pod sąd (coś w stylu „Tusk zdrajcą Ojczyzny”), podatek na towary importowane z Chin w wysokości 45% (bo miałoby to wpłynąć rozwojowo na amerykański przemysł), walkę z państwem islamskim. Przecież to marzenia współczesnego człowieka są. Gdyby miejscami pozamieniać hasła to i w Polsce Trump wygrałby wybory. Ale Donald z Ameryki i tak kupił naszych amerykańskich rodaków, bo…

Zniesie wizy do USA

Każdy kandydat na urząd Prezydenta USA uwzględnia w swoim programie kwestię zniesienia wiz dla Polaków. Cóż złego jest w rzuceniu mięsa wyborczego i zdobyciu paru głosów więcej. A przecież każdy mieszkający na Green Poincie czy w Chicago Polak chciałby, żeby ciocia, stryjek czy bratanek bez przeszkód mogli wsadzić 4 litery w samolot i przylecieć w odwiedziny. A do tego przywieźliby słoik Bee Geesu (czyt. bigosu). Moi mili rodacy, zapamiętajcie sobie te słowa:

TRUMP NIE ZNIESIE WIZ DO USA!

Dlaczego zapytacie? Otóż śpieszę wyjaśnić: jedyną osobą, która może znieść wizy, jesteś Ty drogi rodaku. Tak Ty. Wiecie na jakiej podstawie w USA znoszone są wizy dla danego kraju? Ano członkami programu o ruchu bezwizowym mogą być państwa, w których odsetek odmów wiz i nielegalnych przedłużeń pobytu w USA nie przekracza 3%. Wiecie jaki był odsetek dla Polski w 2015 roku? 10,8%… Po prostu, cwany rodaku, wyjeżdżając do USA i zostając tam nielegalnie sam wpływasz na to, że Twoja żona i dziecię już do USA nie może przylecieć. Tylko obawiam się, że gdyby Polacy wyłączyli na jakiś czas narodowe kombinatorstwo i jakimś cudem udałoby nam się dostąpić zaszczytu ruchu bezwizowego do USA, to było by nas tam więcej niż Meksykanów niestety. I Trump zbudowałby mur na granicy z Polską. A kto mu zabroni?

Jak Amerykanie mogli zagłosować na Trumpa?

Bo to american dream jest. W USA każdy obywatel ma w genach wpisane hasło „Impossible is nothing”. I Trump jest tego najlepszym przykładem. Większość gawiedzi na świecie pyta: jak taki głupek mógł zostać Prezydentem USA? A ja się zapytuję: Czy głupkiem może być człowiek, który od 50 lat jest jednym z najbogatszych ludzi świata? Który potrafiłby sprzedać gówno i wmówić ludziom, że to batoniki na nieśmiertelność. Oczywiście, że może być głupkiem. Ale Trump to marka. Jest elementem amerykańskiej popkultury od lat. Nie ma człowieka na ziemi, który by nie wiedział kim jest ten śmieszny pan z czupyną w kolorze sraczki. Przyznajcie się bez bicia, kto przed wyborami w 2008 roku wiedział kim jest Barack Obama? Już nie wspomnę o tym żeby posiadać wiedzę, że jest czarny. A Trumpa zna każdy.

Donald wygrał też dzięki medialnej nagonce. We wszelkich serwisach mówiono o jego wpadkach, aferach i o tym co znowu powiedział głupiego. O Clinton nie było nic. A stara hitlerowska prawda głosi, że nie ważne jak się o kimś mówi. Ważne, że się mówi. A reklama się sama robiła.

Głosując na Donalda ludzie pokazali, że potrzebna jest zmiana. Dali politykom żółtą kartkę. Wybrali człowieka, który nie jest związany z establishmentem (skąd ja w mordę znam takie trudne słowa)? Ludzie mają dość polityków i ich słodkiego pierdolenia. Wolą wybrać kandydata, który w prosty sposób powie co mu się nie podoba i co należy zmienić. A że człowiek jest z natury głupi (bo przecież rodzi się bez jakiejkolwiek wiedzy tak?), to i głosuje za tym, który mu więcej obieca. Ludzie nie chcą polityka, który obiecuje miejsca pracy. Społeczeństwo woli biznesmena, który tą pracę przez lata ludziom zapewniał. I nie krzycz drogi rodaku, że Amerykanie są idiotami. Spójrz sam, co wybrałeś rok temu.

Czy Ameryka jest na rozdrożu?

Nie. USA od wojny secesyjnej podzielone jest między konfederatów i jankesów. Jedni są ksenofobicznymi miłośnikami ojczyzny. Drudzy to lewacki pomiot miłujący homoseksualizm i multikulturowość. I tak będzie zawsze.

Dlaczego świat się boi Trumpa?

Bo nie jest politykiem i nie wiadomo czego się po nim spodziewać. Nikt nie zna dokładnie jego powiązań, nikt nie wie, w którą stronę pójdą jego decyzję. Świat obawia się wprowadzenia przez niego polityki izolacjonizmu i nie ingerowania w problemy innych państw. A nie oszukując nikogo, Europa w przypadku zagrożenia nie jest w stanie sobie poradzić bez militarnego wsparcia USA. Wszyscy boją się jego niewyparzonego języka i dyplomatycznego nieobycia. Trump będzie traktował prezydenturę jak biznes . A w tym chodzi o to, żeby zarobić jak najwięcej. Donald jest typem lidera i zwycięzcy, więc w każdej dziedzinie będzie dążył do bycia najlepszym. Tylko czy będzie to robił tak jak w biznesie idąc po trupach do celu? Co zmieni jego prezydentura dla Polski i Polaków? Nic. Od wielu lat nie jesteśmy brani pod uwagę jako równorzędny partner w interesach i zawsze w spotkaniach z USA występujemy na klęczkach. Ostatni raz, gdy Amerykanie patrzyli na Polskę z podziwem, miał miejsce podczas wystąpienia Lecha Wałęsy przed Kongresem USA. No i może podczas jakiejś wizyty papieża Polaka. Ale trzeba być szczerym. W 2137 roku nikt nie będzie pamiętał co zrobił Wałęsa ani tym bardziej, że był jakiś papież Polak.

Czy należy obawiać się prezydentury Trumpa? Świat przeżył Reagana, Busha seniora i juniora, Clintona i jego afery rozporkowe, więc czemu miałby nie przeżyć Trumpa? Jedno jest pewne: na świecie nie będzie pokoju, jeśli ruchy faszystowskie i rasizm dalej będą rosły w siłę. Trump jest prawicowym oszołomem z niezłym wyczuciem gospodarki. Ale też ksenofobem. I na pewno nie przyczyni się do zahamowania fali ogarniającego świat debilizmu zwanego nacjonalizmem.

Poszedłem na Smoleńsk (recenzja spoilerowana)

Na studiach pracowałem w kinie. Niejeden film obejrzałem. Bywały gorsze i lepsze. Niejednokrotnie widziałem jak ludzie wychodzili z kina, bo nie dało się czegoś oglądać. Zawsze mówili do mnie: „Dlaczego takie gówno puszczacie?”. Jakby to ode mnie zależało, co jest nagrywane i wyświetlane w kinach. Kocham kino. Żona moja czasami nie wierzy, że oglądałem jakiś zakopany pod kurzem zapomnienia film (chociaż po 4 wspólnych latach przestała się dziwić). Dlatego poszedłem na „Smoleńsk”. Żeby móc go Wam opisać. I żeby zrozumieć ludzi, którzy wierzą w zamach.

Pragnę pozbawić swoją recenzję jakichkolwiek politycznych powiązań. Jenak momentami się nie da….

Wszyscy wiemy co się wydarzyło 10 kwietnia 2010 roku. Każdy z nas robił wtedy coś innego. Ale z racji tego, że była sobota po piąteczku, to większość społeczeństwa robiła to samo: kacowała. Dlatego też do większości informacja o katastrofie prezydenckiego samolotu nie docierała. Myśleli, że to jakiś spóźniony prima aprillis tudzież tak pochlali, że im się czasoprzestrzeń załamała i są znowu w 2001 roku 11 września. Ale jednak to była prawda. Mój skacowany kolega gdy usłyszał o katastrofie Tupolewa zakrzyknął: „Tu polej!”. I tak tupolewaliśmy do końca soboty. Jedyną piękną rzeczą w tamtym czasie było to, że cały Naród był zjednoczony. Mówił jednym głosem. Dopiero po kilku dniach powstały podziały na zwolenników zamachu i przeciwników chowania Prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Wawelu.

Wybierając się na „Smoleńsk” wiedziałem czego się spodziewać. Domyślałem, się, że nie jest to film najwyższych lotów. Gdy koledzy i żona pytali się mnie „Po co tam leziesz” odpowiadałem z uśmiechem i przekorą: „Żeby poznać prawdę”. Anusiak skomentował to jednym słowem: „Debil”. Koledzy byli trochę bardziej dyplomatyczni. Ale nie przytoczę co mówili. Żona doradziła, abym zaopatrzył się w jakąś setunie albo dwie, bo mogę tego nie wytrzymać. Dobra kobita. Nie ma co. Przezornie poszedłem za jej radą, bo przecież żony się trzeba słuchać.

Gdy wszedłem na salę kinową doliczyłem się około 70 osób. Szybki rzut oka. Większość miłośników zamachu. Zmierzyli mnie wzrokiem na wejściu i poczułem na sobie pogardliwe spojrzenia. Wyczuli, że nie jestem po ich stronie.

Już pierwsze sceny „Smoleńska” nie pozostawiają złudzeń. Był zamach. Rosyjski Ił przelatuje nad lotniskiem Siewiernyj i słychać meldunek pilotów „Ładunek zrzucony”. Pomyślałem „O kurwa…” i w pośpiechu pociągnąłem łyk okowitki, w którą nakazała mi się zaopatrzyć żona. Teraz już w spokoju mogłem czekać na rozwój sytuacji. Ukoiłem skołatane serce. I w sumie to nie wiem co mam Wam napisać o tym filmie.

To, że jest mierny to mało powiedziane. Film sam w sobie jest żałosny. Oglądając grę Beaty Fido (odtwarzającej rolę głównej bohaterki) czułem wstyd i nie mogłem na nią patrzyć. Nie potrafiła nawet porządnie zagrać osoby pod wpływem alkoholu. A przecież każdy Polak potrafi udawać pijanego. Beata Fido nie potrafi. Więc wyobraźcie sobie jej kunszt aktorski. Po 20 minutach zaczęła mnie nawet drażnić drętwota dialogów. Wszystko to takie płytkie i przewidywalne było, że nie dość, że nie dało się na to patrzyć, to i nie dało się tego słuchać. Przykładowy tekst „To nie jest prosta sprawa, a nawet wręcz przeciwnie”. Zastanawiałem się czy robią z widzów debili, czy to jakiś polityczny przytyk do Lecha Wałęsy.

Nic mi w tym filmie nie grało, co mogło by dać choćby krztynę nadziei, że film mógłby powalczyć o Oscara. Ale na pewno dostanie jakąś nagrodę od ministra Glińskiego. Albo złoty medal od Antoniego. Dobra. Miało nie być polityki.

„Smoleńsk” po prostu nie wciąga. Nie ma w nim choćby momentu, w którym widz musiałby się zastanowić, pomyśleć co może się wydarzyć dalej. Tak wiadomo, jest to film opowiadający o prawdziwych wydarzeniach (niekoniecznie oparty na faktach). Ale nawet w takim filmie można budować emocje, wpleść element zaskoczenia czy intrygi. Tak jak zrobił Wajda w „Katyniu”. Temat niby oczywisty. A pokazany w tak niesamowity sposób, że nawet mnie się chciało płakać na ostatniej scenie. Chociaż Anusiak śmieje się ze mnie, że płakałem na filmie „Służące” (obejrzyjcie a też będziecie płakać). Siedziałem tak na tym „Smoleńsku” i patrzyłem tępo w ekran, bo nic mnie w nim nie ciekawiło. Ani muzyka, ani zdjęcia, ani efekty. Pobudziłem się troszeczkę gdy zobaczyłem sceny z 9 sierpnia 2010 roku. Wówczas to przed Pałacem Prezydenckim miała miejsce wielka manifestacja przeciwników krzyża. Byłem tam. Na służbie. Siedziałem wewnątrz Pałacu w pełni uzbrojony do zabezpieczenia demonstracji. Byłem w kompanii przeznaczonej do reagowania na wypadek eskalacji agresji i wybuchu zamieszek. Widziałem to wszystko z odległości około 50 metrów, patrząc z drzwi bocznych pałacu. Później zaczęło mi się nudzić, to usiadłem i oparłem się o szybę, za którą stał Okrągły Stół. Łezka mi się przy tych scenach w oku zakręciła.

Aż do momentu, w którym główna bohaterka dziennikarka (ten film był tak ciekawy, że nawet nie zapamiętałem imion bohaterów) szuka kontaktu z rodzinami ofiar katastrofy. I trafia do podziemia. Uznałem, że moja słaba psychika tego nie zniesie. To rodziny smoleńskie miały tajne podziemie, w którym się spotykały? W którym rozmawiały na temat tego jak walczyć z Rosją, która tuszuje dowody zamachu? A na dodatek na bramce do podziemia stoi ksiądz? Dobrze, że Anusiak kazał mi wziąć dwie setunie. Wypiłem pośpiesznie drugi flakonik okowitki dla spokojności. Miałem ochotę wyjść z filmu. Wstałem i wyszedłem. Do toalety. A idąc czułem, że widzowie patrzą na mnie jak na rosyjskiego agenta. W toalecie spłukałem twarz zimną wodą, spojrzałem w lustro i powiedziałem do siebie „Musisz tam wrócić. Wytrzymasz. Kto inny jak nie ty przekaże Narodowi prawdę o „Smoleńsku”. I wróciłem. I przez resztę filmu czułem się tak:

Bo film jest dwugodzinną indoktrynacją o tym, że był zamach. Każdy kto ma inne zdanie jest zły. Nawet postaci przedstawiane są w taki sposób. Ci, którzy twierdzą, że to była tylko katastrofa są zimni, obcesowi, ironiczni, agresywni i wylewa się z nich jad cynizmu. Natomiast bohaterowie filmu, którzy wierzą w zamach są ciepli, dobrzy, sprawiedliwi, honorowi. Tacy do rany przyłóż, że nie da się ich nie lubić. To tak jak dobre smerfy i zły Gargamel, dobry Kopciuszek i złe siostry, dobry zając i zły wilk, dobre gumisie i zły księciunio. Tylko główna bohaterka przez cały film jest nijaka. Przedstawiona jest jako osoba mało inteligentna, nierozgarnięta, niepotrafiąca sobie poradzić z prostym materiałem i ulegająca manipulacjom. Nie dziwota. W końcu pracowała dla TVMSat. Tak. Nawet nazwa znienawidzonej stacji sugeruje kto przy zamachu manipulował.

Najbardziej jednak zadziwiała mnie reakcja publiczności. Niby wszyscy krzyczą, że TVN kłamie i manipuluje, a 90% stanu widowni (czyli jakieś 60 osób) nie potrafiło przefiltrować tego, jaka propaganda wylewa się z ekranu. Przy scenie, w której jedna z bohaterek z rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej mówi, że w Moskwie przesłuchiwana była 7 godzin, po sali usłyszałem biegnący szmer niedowierzania połączonego z nutą nienawiści do Rosjan. Gdy przy konferencji komisji MAK pada informacja, że nie będzie briefingu premiera Tuska w tej sprawie, bo jest na nartach w Dolomitach, po sali przebiegł szmer nienawiści. Przy scenie, w której Tusk spotyka się z Putinem w Sopocie miałem wrażenie, że w ekran polecą koktajle Mołotowa. Gdy redaktor naczelny TVMSat mówi, że nie puści żadnego materiału dowodzącego teorii zamachu, na sali słychać było pogardliwe parsknięcia. Ludzie nie filtrowali tego żenującego prania mózgu, który lał się z ekranu ciepłym moczem.

Kulminację mojego niedowierzania wywołały sceny końcowe gdy zabici oficerowie w Katyniu spotykają się z ofiarami katastrofy smoleńskiej. Ludzie płakali na „Smoleńsku”. Ja jedyne co czułem to niesmak i zażenowanie. Wstyd mi było za grę aktorów. Niczym to się nie różniło od para dokumentalnych produkcji typu „Daczego Ja”, „Trudne Sprawy” czy „Pamiętniki z wakacji”. Wszystko było siermiężne i toporne z niewyszukanymi i przewidywalnymi dialogami. To już aktorzy grający w „Sensacjach XX wieku” dawali z siebie więcej. A do tego sam film pozbawiony jakichkolwiek reguł, chaotyczny, niespójny. Film klasy zero. To jest jeden z tych filmów, na który nie warto poświęcić więcej niż 10 sekund czasu przy przeszukiwaniu kanałów telewizyjnych. Na studiach oglądałem z przyjaciółmi bardzo dużo filmów. Kolega Robert wynalazł kiedyś czeski film „Ociosanek”. Abstrakcja jakich mało. Jest to film o małżeństwie, które nie może mieć dzieci i przygarnia żyjący kawałek drewna, który wychowują. Mały Otik zjada przy okazji listonosza i sąsiadów. I uwierzcie, ten film był bardziej wciągający niż „Smoleńsk”. Naprawdę. Zobaczcie trailer:

https://www.youtube.com/watch?v=aF8SSyQi-2c

Moje wrażenia po „Smoleńsku”? Czułem się zgwałcony na umyśle i nie mogłem sobie darować, że ja to tak sam sobie uczyniłem (ale to dla Was, więc jak tekst nie odbije się dużym echem to uznam, że film zrobił mi sieczkę z mózgu). Film jest jedną wielką propagandą, która ma dowieźć tego, że był zamach. A każdy kto myśli inaczej i nie dopuszcza do siebie teorii podłożenia ładunków wybuchowych i sztucznej mgły, jest z natury zły. Film nie pomógł mi zrozumieć zwolenników teorii zamachu na prezydenta. Ale dzięki niemu zrozumiałem jedno: obecna ekipa rządząca będzie robić wszystko aby teoria zamachu stała się jedyną słuszną i będą do tego wykorzystywać wszelkie możliwe środki propagandy. W myśl zasady „Kłamstwo powtórzone 100 razy staje się prawdą”. Bo w filmie wielokrotnie pada hasło „Pancerna brzoza”. Szczerze Wam powiem, że sam zacząłem się nad tym w pewnym momencie zastanawiać i przeraziło mnie to, jak mocna jest siła sugestii. Ale na szczęście po 24 godzinach od filmu doszedłem do siebie. A wam radzę: nie idźcie tą drogą. Nie idźcie na film. Wystarczy, że przeczytacie moją recenzję. Bo to film, który nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego.

Szapo Ba! Czyli in tributum

Nadszedł ten moment. Anusiakowi skończył się urlop macierzyński i czas jej było wrócić do pracy. Skończył się dla niej okres niekończącej domowej harówki. Przyszedł moment, gdy trzeba było przejąć od żony część obowiązków.

Oleństwo zostało oddane pod opiekę niani. Niestety bajtel nie przeszedł pomyślnie egzaminów wstępnych do żłobka i żadna placówka nie chciała jej przyjąć. Mówili coś o braku miejsc i że frank szwajcarski rośnie w siłę. Ogólnie coś na PiS zwalali. Nic to. U niani grzdylowi jest dobrze i cieszyć się z tego należy.

Jednakże z racji mojego zmianowego systemu pracy, stało się tak, że dane mi było zostać z bajtlem sam na sam na dłużej niż 2 godziny. I to już w pierwszy dzień pracy Anusiaka. Nie powiem aby wizja ta nie wywoływała u mnie chwilowych palpitacji serca. Bo przecież jak to tak, bez Anusiaka na 8 godzin?

Gdy zbliżał się TEN dzień, atmosfera robiła się napięta jak guma w gaciach i gorąca jak rozgrzana prostownica do włosów. Nawet pies bał się wyściubić nosa z kojca. Początek TEGO dnia nie zapowiadał się różowo. Olka obudziła się razem z Anusiakiem. Czyli skoro świt. O 5:30. I nie była przyjaźnie nastawiona do otoczenia. Jej zachowanie odzwierciedlało filozofię „nie mów do mnie z rana”. Znacie to uczucie. Patrzycie na kogoś, a ta osoba chce jedynie abyś się zamknął. I tak było z tym 12 miesięcznym bajtlem. Złość i krzyk. Bo nie mogła się przykleić do jakże pięknego wodopoju w postaci maminych piersi. Damn. Cóż mnie było robić? Nosić i tyle. I kombinować. Mój strach narastał w miarę zbliżającej się godziny wyjścia Anusiaka z domu. Minę jednak twardą i wesołą zachowywałem, bo żona moja była podwójnie zestresowana. Nie dość, że powrót do pracy po 12 miesiącach, to jeszcze dziecko musi zostawić z ojcem karkołomnie nieogarniętym. Więc gdybym okazał choć odrobinę zwątpienia i słabości, gotowa by mnie pozbawić praw rodzicielskich.

Ale nic to. Klamka zapadła. Drzwi się zamknęły. Pozostał głuchy stukot anusiakowych obcasów w oddali. Olka spojrzała na mnie siedząc na rękach. Zrobiła swoją słodką minę i mówiąc „tiu” pokazała, że mam iść do pokoju. I wszystko minęło w miarę sprawnie. 8 godzin zleciało jak z bicza strzelił. Było śpiewanie, było jedzenie, było skakanie, zabawa z lalkami, śledzenie przechodniów w oknie i nabijanie się z kierowców, którzy nie mogli sobie poradzić z automatem parkingowym, było spanie, spacer i wszystkie te rzeczy, które dla dziecka małego najlepsze. Olka okazała łaskę zgredowi swojemu.

Tylko, że prysznic musiałem wziąć około południa, gdy Olka skleiła oko z poduszką. Spacer też nie minął bez przeszkód. Bądź tu człowieku mądry jak ubrać dziecko, gdy żona wytycznych nie zostawiła. A weź zadzwoń z zapytaniem w co ją ubrać. To tak Ci wytłumaczy, że nie będziesz wiedział, że masz takie rzeczy w domu. I w końcu założysz kurtkę, w której najczęściej dziecko dostawałeś idąc na spacer. No i nie można przecież przed żoną pracującą okazać słabości. Zaraz by to się zamartwiało w pracy, że mąż jełop. I ułomny do tego.

Gdy Anusiak wrócił do domu wszystko w miarę grało. Dziecko było całe, bez śladów upadku z dużej wysokości czy uderzenia w komodę. Pies wylegiwał się na kanapie rozłożony jak żaba na liściu. Ja przyjąłem na facjatę maskę „poker face” z delikatnym uniesieniem prawego kącika ust, aby wyglądało, że wszystko gra.

I tylko później naszły mnie pewne refleksje. Bo o to ja spędziłem z Oleństwem 8 godzin, całą uwagę poświęcając tylko jej. Zastanawiające jak to robił Anusiak, że w czasie pobytu na macierzyńskim urlopie potrafiła w ciągu dnia posprzątać dom, zrobić obiad, poprasować, zająć się dzieckiem, wyjść z nim na spacer, zrobić zakupy i inne Bóg wie jakie jeszcze różniste czynności wykonać? Gdy ja podczas 8 godzin sam na sam bałem się do toalety wyjść, o robieniu czegokolwiek już nie wspomnę. Ale to był pierwszy dzień. Minął miesiąc i z każdym kolejnym takim dniem powoli zaczynam się rozkręcać. Potrafię już nawet odkurzyć przy dziecku.

Szapo Ba!!

Niedawno usłyszałem w pracy, jak kolega zwraca się do matki wracającej do roboty po macierzyńskim takimi oto słowami: „No to co? Powrót do pracy? Koniec leżenia plackiem do góry i opieprzania się w domu? Koniec lenistwa?”. Nie podjąłem polemiki z osobnikiem. Bo i nie zwykłem dyskutować z osobami o inteligencji rozwielitki. Droga żono, drogie kobiety matki! Oto wszem i wobec ogłaszam, że za to co robicie na macierzyńskim należy się Wam ogromny szacunek! Bo być z dzieckiem przez cały czas to nie tylko zabawa i gaworzenie do bajtla. To ciężka praca od rana do nocy bez taryfy ulgowej. Nie ma przerwy na kawę, siusiu czy obiadek w każdym dowolnym momencie. Jest krzyczące dziecko (nie zawsze, ale jednak) i dom na waszej głowie. Nie wiem jak to mój Anusiak i wszystkie inne matki robią. Z diabłem konszachty macie i szatańskie w Was przez to zdolności siedzą. Jedno jest pewne: urlop macierzyński to ciężka praca na 3 etaty! I nazwa urlop pasuje do niego jak świni siodło.

P.S. Drogi Anusiaku! Ten tekst jest dla Ciebie

Rosja, Moskwa, szachy, miłość, świat

„Rocky” i „Top Gun”. Filmy o jakże różnej tematyce a takie podobne. Hollywodzkie dzieła, z których kiczowatość przelewa się jak woda przez wodospad Niagara. A jednak nie ma osoby, która oglądając je, nie czułaby przyspieszonego bicia serca i nie kochałaby tych filmów. Bo kto nie chciał kiedyś przeżyć historii podobnej do Rocky’ego i stanąć w ringu w walce o mistrzostwo świata z Apolloi Creedem? I zapewne niejeden marzył o tym, aby jak Maverick zasiąść za sterami myśliwca i stoczyć podniebną walkę z Icemanem. Dynamizm, wartka akcja, piękne kobiety i miłość. Wszystko co powinien mieć film, który sprawia, że adrenalina oglądającego podksakuje do granic możliwości. A teraz wyobraźcie sobie, że taki sam potencjał ma książka o grze w szachy. Że czytając rozgrywkę pomiędzy dwoma arcymistrzami serce bije wam z emocji a adrenalina sprawia, że nerwowo zaciskacie dłonie. Niemożliwe mówicie? No właśnie. Dlatego nie jesteście pisarzami. I nigdy nie będziecie. A Olgierd Świerzewski jest. I w swojej książce „Zapach miasta po burzy” pokazuje, że niemożliwe staje się możliwe. Nie wierzycie? No to patrzcie:

https://www.instagram.com/p/BCJgL2ktflQ/?taken-by=karkolomnyblog

„Romancew poświęcił swoją królową, żeby zatrzymać kroczącego pionka białych. Ale za moment jego pion dotarł do pola przemiany i niczym feniks z popiołów przywrócił życie królowej. I znów szala zwycięstwa przechyliła się lekko na stronę Romancewa, który zaszachował białego króla, jednocześnie strasząc przeciwnika doprowadzeniem drugiego pionka do pola przemiany. Antonow znalazł się w pułapce, był praktycznie zmuszony do powtarzania posunięć, co w sumie oznaczało porażkę w całym meczu. Skrzywił się. Nie było szans na nic więcej niż remis. Wykonał posunięcie niemal odruchowo. Wcisnął swój zegar i czekał. Romancew nie patrzył na szachownicę. Patrzył na niego. Ich oczy ponownie się spotkały. Oleg nie wiedział, co znaczy spojrzenie Romancewa. Nie widział w nim ani triumfu, ani nienawiści. W tym ułamku sekundy wytworzyła się między nimi dziwna więź. Spędzili ze sobą długie godziny, siedząc naprzeciw siebie, przewidując nawzajem swoje motywy, znając słabości i lęki, plany ataku i obrony, ale w tej chwili Antonow poczuł, że docierają do niego myśli dalekie od szachów. Połączyła ich również miłość do jednej kobiety. Wielka miłość. Oleg poczuł dreszcz. Rzucił okiem na zegar. Romancewowi pozostawały sekundy na wykonanie ruchu. Antonow popatrzył ponownie na przeciwnika, jakby napominając go, by wykonał ruch. Romancew siedział ze spokojną twarzą, spoglądając prosto w oczy Olega. Antonow zrozumiał.”

Prawda, że wciąga? Że palce lizać? A to tylko namiastka wszystkich meczów szachowych opisanych w książce. „Zapach miasta po burzy” łączy w sobie wszystko z „Rocky’ego” i „Top Gun”. Ale od tych filmów różni ją jedno – nie jest kiczowata. Jest to dzieło wybitne. Takie arcydzieło. Akcja skupia się głównie wokół Olega Antonowa – młodego, krnąbrnego szachisty z Moskwy. Postać niezwykle himeryczna i budząca w czytelniku skrajne emocje, a jednak nie dająca się nie lubić. Zachowaniem przypomina Rocky’ego i Mavericka. Drugim szachistą, który odgrywa dużą rolę w książce jest Anatolij Romancew – stonowany, wykształcony, z sukcesami na koncie, trochę bufonowaty. Może nie przypomina w zupełności Apollo Creeda czy Icemana, ale jednak jest przeciwnikiem Antonowa. A pomiędzy nimi piękna Tatiana. Zaznaczyć jednak trzeba, że postaci Antonowa i Romancewa jako żywo odzwierciedlają biografie odpowiednio Garriego Kasparowa i Anatolija Karpowa. Tak drodzy państwo. Podobieństwa widoczne gołym okiem: różnica wieku, podobna historia kariery szachowej i życia prywatnego. A gdy się doda, że autor Olgierd Świerzewski doradzał tym dwóm wielkim mistrzom świata, to książka jeszcze bardziej pobudza wyobraźnie. Bo może jednak historie meczy Antonowa i Romancewa i cała otoczka wokół odzwierciedlają to co wydarzyło się naprawdę pomiędzy Kasparowem i Karpowem? Możemy się domyślać.

Ale książka to nie tylko walka przy szachowym stoliku. Książka ma w sobie tą niepowtarzalną rosyjską duszę. W tle rozgrywek szachowych jest historia Rosjii i świata. Wydarzenia, pokazujące w jaki sposób Rosja stała się krajem takim jakim jest. Od wojny w Afganistanie, pierestrojkę, przez Pucz Janajewa i wojnę czeczeńską po mafijne porachunki i wszechwładzę oligarchów. Pokazuje co ukształtowało tą rosyjską melancholijną, ale jednak twardą jak czołg, duszę. Świerzewski przedstawia, że Rosjanie to nie tylko kacapy i zakłamani komuniści, ale bratnie słowiańskie dusze. Że jak kochają to całym sercem, jak oddają przyjaźń to całym sobą. I nie da się ich nie lubić. Aż sie chce z nimi przechylić kieliszek spirytu przegryzając słoniną i kiszonym ogórkiem. Bo czy nie da się nie kochać Rosji?

https://www.instagram.com/p/BCJg-fuNfml/?taken-by=karkolomnyblog

Mam tylko jeden żal do Olgierda Świerzewskiego: stworzył opasłe 700 stronicowe tomisko. Niewprawionego czytelnika odstraszy od razu. Jakby tak marketingowo zadziałać, to spokojnie książkę można było podzielić na 3 tomy i wydawać w rocznych odstępach. Bo było by to bardziej wciągające i przyciągające czytelnika. I mniej obciachowe. Jak wyciągałem „Zapach miasta po burzy” w pociągu w drodze do pracy ludzie patrzyli na mnie jak na Merlina czy Albusa Dumbledora. Wytrzeszczali oczy i szturchali się nawzajem łokciami wskazując na mnie poprzez kiwnięcie głową. Ich spojrzenie mówiło jedno – głupek. I nie wiem czy to efekt tego, że nigdy w życiu książki nie widzieli, czy tego, że teraz się wszystko czyta w telefonie czy na Kindle’u. A może jedno i drugie? No chyba, że naprawdę wyglądam jak głupek.

„Zapach miasta po burzy” nie pozwala się od siebie oderwać. Wsysa czytelnika w całości nie pozwalając odbierać bodźców z realnego świata. Po przeczytaniu człowiek chce wykonywać debiuty niczem Anatolij Romancew, albo jak Oleg Antonow otpierać ataki w wariancie Scheveningen. I chce być szachistą. Tak jak po obejrzeniu „Rocky’ego” chce być bokserem, a po „Top Gunie” być jak Maverick.