Karkołomny

Kategoria: Blog

Małomiasteczkowa trasa

Dawid Podsiadło. Wokalny talent znany powszechnie w kraju nad Wisłą. Gdy wydał płytę i ogłosił trasę koncertową, pomyślałem że warto by się wybrać, posłuchać, odstresować troszeczkę. Anusiak chłopaka uwielbia, ja lubię i szanuję.  Uznałem, że trzeba zrobić tę przyjemność żonie i pojechać na koncert. Niestety bilety kupiłem w ostatniej chwili, przez co zdobyłem miejscówki przy toaletach. Ale było warto. 01.12.2018 roku w hali Netto Arena w Szczecinie zatrzęsła się pode mną muzyczna ziemia i sprawiła, że pokochałem tego młokosa z figlarnym wąsem. I zapamiętam ten dzień jako jeden z najpiękniejszych w moim życiu.

Korki w Szczecinie, spowodowane ściągającym na koncert zewsząd ludem jak i remontami drogowymi, sprawiły, że do hali dotarliśmy 10 minut przed planowym rozpoczęciem koncertu. W Netto Arenie dopadło mnie uczucie wielkiego zdziwienia. Oto 80% uczestników koncertu to kobiety, a jakieś 50% z nich nie mogło jeszcze legalnie browaru zakupić. Powietrze przeszywała słodycz perfum. Armani, Michael Kors, Calvin Klein, Lacoste i inne droższe lub tańsze śmierdziuchy mieszały się w jedną mdlącą woń pachnidła drażniącego ze wszech miar zmysł węchu. Wszystkie one wylały na siebie hektolitry zapachów, jakby w nadziei, że Dawid wyczuje je ze sceny i poprosi o rękę.

Zazwyczaj bywam na koncertach, gdzie średnia wieku to 60 lat, a uczestnicy to starzy metale z brodami do pasa, w znoszonych skórach pamiętających lata 70te, okraszonych solidną ilością potu z motocyklowych wycieczek. Taki męski, swojski, przypominający ciepło domowego ogniska smrodek. Ja lubię. Dodatkowo większość  dla pobudzenia zażywa skrycie Geriavit Pharmaton w połączeniu z Viagrą i solidną ilością rudej na myszach. Połowa doczłapuje się na koncert z maską tlenową albo pchani na wózkach inwalidzkich. Na każdym z koncertów Deep Purple, Black Sabbath, Ozzy’ego, Slayera, Rogera Watersa czy Dream Theater zaniżałem średnią wieku. Na koncercie Podsiadło niestety podwyższałem ją. „Czas się zaopatrzyć w Geriavit” – rzekłem. Na szczęście żona nic nie wspomniała o Viagrze, więc chyba jeszcze tak źle nie jest.

Na koncertach jak każdy szanujący się fan dobrej muzyki kieruje swoje pierwsze kroki do wodopoju. Do ożywczego źródełka złocistego trunku. Zaprowadziłem więc swoją łajzę na miejscówkę i udałem się po piwo. Od razu dostałem z buta w twarz – kolejka na 30 minut stania. „Boże, ile ta młodzież chleje?” – pomyślałem. Bo średnia wieku na 200 osób w kolejce wynosiła 18 lat. Jak dołączyłem to podskoczyła do 25. Pokornie stanąłem na końcu ogonka. Po 10 minutach zacząłem wypędzać bumelantów, co to ukradkiem próbowali wcisnąć się przede mnie do kolejki. Gdy im pokazywałem gdzie jest koniec, to nagle większość sobie przypominała, że są abstynentami i dla zaspokojenia pragnienia napiją się  kranówy z kibla. Jednak nie oni byli najbardziej irytujący. Na podwyższenie mojego ciśnienia działali obywatele podchodzący z pytaniem „Przepraszam, do czego ta kolejka?”. Czy ja wyglądam na słup ogłoszeniowy? Z moim zakazanym ryjem ludzie nie powinni do mnie podchodzić. A jednak zawsze, powtarzam ZAWSZE, podchodzą do mnie z irytującymi pytaniami. Do 20 osoby spokojnie odpowiadałem zgodnie z prawdą. Po tej magicznej liczbie zapragnąłem urozmaicić swoje odpowiedzi czymś w stylu:

Ja mam po prostu czasem wrażenie, że wraz ze wzmożoną ekspansją smarpthonów ludziom zeżarło 3/4 mózgu. No jak nie ma aplikacji, to nawet nie wiedzą, że trzeba iść do kibla się wysrać. Ci co mnie znają wiedzą, że jestem do cna złośliwy, cyniczny, sarkastyczny i w ogóle to zachowuję się jak stary tetryk. W związku z czym zacząłem urozmaicać swoje odpowiedzi i mówiłem:
„Nie wiem, koledzy mnie zostawili i kazali czekać”, „Podobno na końcu kolejki można przybić piąteczkę z Dawidem”, „Do toalety”, „Jaka kolejka?”, „Do lepszego jutra” itd. itp. W pewnym momencie z hali dobiegło poruszenie. Na telebimach pokazały się napisy, że oto koncert za chwil parę się zacznie. Ja miałem jescze jakieś 15 minut do upragnionego źródełka. Większość towarzyszy niedoli z kolejki poleciała do barierek zobaczyć, co to będzie i czy to prawda, że Dawida spuszczą z dachu na spadochronie. Ja tam, uznałem, że stoję dalej. Na Black Sabbath nie zobaczyłem początku, bo kolejka do piwa się zapchała, to i dla Podsiadło nie będę robił wyjątku. Ale dach obserwowałem. Nie zobaczyłem żadnego spadochronu. Tylko mi żona po koncercie powiedziała, że w ciulika wszystkich zrobił i spod sceny wyjechał. Michael Jackson w mordę. Kolejka nieubłaganie pchała mnie do kresu niedoli. W tle leciały pierwsze koncertowe utwory: „Forest”, „No”, „Najnowszy Klip”. Patrzę a przede mną jakieś 5 osób do piwerka. Ale przy nalewaku jakieś dziwne poruszenie. Sprzedający krzątają się jak w ukropie i wykonują nerwowe ruchy. I nagle wychodzi hasło: „Przepraszamy, ale mamy awarię sprzętu z przyczyn od nas niezależnych i nie wiemy czy uda nam się ją naprawić. Niestety na razie piwa nie sprzedamy”. W głowie mojej zagrzmiało:

Wyobrażacie sobie co się stało w kolejce? Tam prawie zamieszki wybuchły jak w Paryżu. Kobita, co to pierwsza stała i już wargi oblizywała z myślą o smaku piwerka, dostała takiego ataku agresji, że nawet babci klozetowej zaczęła sądem grozić. Histeria połączona z agresją. Uznałem, że nie będę czekał aż uda im się naprawić usterkę. Zapomniałem wspomnieć, że obok była druga kolejka. Długa na 2 osoby. Do żarcia. I sprzedawali w niej bezalkoholowego Lecha Ice Shandy. Zniosłem tą pogardę i kupiłem tego pozbawionego procentów szczocha. Udałem się na miejsce. Żonie powiedziałem, że na koncercie jest tyle młodzieży, że obawiali się pozwów o rozpijanie nieletnich. Nie uwierzyła. 

Gdy schodziłem do naszej miejscówki, ze sceny wybrzmiewały ostatnie takty utworu „Dżins”. Nie spodziewałem się widoku muzyków czerpiących taką radość z widowiska, które tworzą. Dziewczyny z chórków tańczyły, Dawid się bawił, chłopaki z instrumentami byli skupieni na swojej robocie. Ale ze sceny bił niesamowity profesjonalizm. Usiadłem obok żony i zacząłem się delektować spektaklem. Scena jaką nie pogardziliby The Rolling Stones. Wizualizacje, podwieszane ekrany, opuszczane płachty, na środku zauważyłem dwie kamery. Niedawno widziałem podobne zaplecze na koncercie Rogera Watersa. 

Z każdym mijającym utworem „Co mówimy?”, „Cantate Tutti”, „Elephant”, „Pastempomat” widziałem jak Dawid bawi się muzyką, z jakką lekkością przychodzi mu śpiewanie i jaką radość mu to sprawia. Następnie przyszedł czas na „Trójkąty i kwadraty” w zmienionej ale jakżesz ciekawej wersji. Przed utworem „Block” Podsiadło trochę się pośpieszył i zapowiedział cover „Bóg” T. Love. Chyba w słuchawkach techniczni podpowiedzieli mu, że będzie co innego. Oba utwory jednak wyszły genialnie. Po tym poszły „LIS”, „Nieznajomy”, który płynnie przeszedł w „Tamagotchi” (cover Taconafide). Publiczność była rozgrzana do granic czerwoności. Ze sceny jak i z widowni płynęła masa pozytywnej energii. Odnosiło się wrażenie, że coś ciekawego połączyło artystów z publicznością i daje to obu stronom dużo dobrej zabawy. 

Następnie przyszło lekkie spowolnienie i ostudzenie emocji. Na scenie pozostał sam Dawid za fortepianem. Z głośników poleciał melancholijny utwór „Nie kłami”, który to po krótkich popisach solowych przeszedł w „Project 19”. Palce lizać. Dało się wyczuć, że nastąpił pewien moment kulminacyjny koncertu i następne utwory będą prowadzić do zakończenia. I zagrali „Nie ma fal”. Po raz pierwszy usłyszałem jak publika wyśpiewuje refren razem z Dawidem. Netto Arena żyła. Zaczęła stanowić osobny byt, który unosił się gdzieś w kosmosie. Jej serce biło, a krew w jej żyłach tłoczyła płynąca z głośników muzyka. Po „Nie ma fal” zespół Dawida Podsiadło zagrał mój ulubiony utwór „Trofea”. Jeszcze w samochodzie go słuchaliśmy z żoną, drąc przy tym paszcze jak na dwa wokalne beztalencia przystało. Czyli głośno z jeszcze głośniej puszczoną muzyką. W Netto Arenie, na żywo aż zacząłem żałować, że mam miejsca na trybunie. Kolana zaczęły mi podskakiwać jak penciny Kasztanki Marszałka i wyrywać się do tańca jęły. Dalej było jeszcze lepiej, bo zagrali „W dobrą stronę”. Aż żal było nie tańczyć. Po tym utworze muzycy kurtuazyjnie pożegnali się z publicznością i zeszli ze sceny. Wiadome było że wrócą, bo Dawid chwilę wcześniej zapowiedział, że oczywiście bedzie BIS i on nie rozumie za grosz tej instytucji i jak to i z czym się powinno jeść.

Wrócili po kilku chwilach i zagrali „Trójkąty i kwadraty” w pierwotnej wersji. Po tym poszedł hit tego lata. „Małomiasteczkowy”. Chyba nie było osoby w Netto Arenie, która by tego nie śpiewała. No nie dało się. Ilość pozytywnej energii jaka została przekazana publiczności w tym kawałku przeszła najśmielsze oczekiwania. Zakończyli jak to na wielkie koncerty przystało – spokojnie. „Matylda”, czyli utwór, który zamyka też ostatnią płytę. Było pięknie i melancholijnie. I aż żal zaczął ściskać gardło gdy kolejni muzycy żegnali się z publicznością schodząc ze sceny. Ostatni zszedł kapitan skatku. Dawid.

Koncert prowadzony był pod jednym hasłem – miłość. W kilku momentach na telebimach pokazywane były rozmowy z osobami w różnym wieku, które opowiadały czym jest dla nich miłość, co to oznacza i jak się ją powinno przeżywać. Historie to wywoływały salwy śmiechu, to wiązały gardo a do oczu napływały łzy. Niedawno usłyszałem od znajomej osoby, że płyta „Małomiasteczkowy” to tandetne teksty wyśpiewywane przez zranionego 17 latka. Otóż oficjalnie chciałbym powiedzieć, że się z tym nie zgadzam. Po pierwsze uważam tą płytę za najlepszą w dorobku Dawida Podsiadło. Wyróżnia się w warstwie muzycznej – piękne i dopieszczone linie melodyczne. W warstwie lirycznej – dojrzałość i przekaz czym jest miłość i jak potrafi namieszać w życiu człowieka. Jak rani, jak zaskakuje i jak bardzo nie możemy bez niej żyć.

Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki koncertu i wszyscy zeszli ze sceny w Netto Arenie nastąpiła cisza i ludzie powoli zaczęli wychodzić. Jednak każdy czuł, że przeżył tego wieczoru coś wspaniałego. Dawid niejednokrotnie tego wieczoru podkreślił, że jest to dla niego najlepszy koncert tej trasy. Myślę, że nie była to zwykła kurtuazja. Że tego wieczoru naprawdę miałem okazję uczestniczyć w czymś wspaniałym i podniosłym. Że nie była to zwykła sztuka dla sztuki, a naprawdę dane mi było przeżyć prawdziwe katharsis. Dawid Podsiadło pokazał, że jest absolutnym numerem jeden na muzycznej scenie Polski. Wszystko było dopracowane i dopięte na ostatni guzik. W niczym nie było przypadku a jednocześnie czuło się płynącą ze sceny lekkość i elementy improwizacji. Na osobny artykuł zasługuje interakcja Dawida z publicznością. Myślę, że gdyby nie został muzykiem, mógłby być jednym z najlepszych stand uperów w Polsce. I jeszcze jedno: gdybym miał w kieszeni miliony monet i garść godzin wolnego czasu, to pojechałbym na każdy koncert tej trasy. Naprawdę warto!

Godzina W. Czyli Polska płonie

1 sierpnia. Dzień jakże wieloznaczny i wywołujący skrajne uczucia wśród Polaków. Czy Powstanie było wyrazem bohaterstwa czy bezdennej głupoty tamtych pokoleń? Nie nam to oceniać. Ale zawsze warto pamiętać i przystanąć na chwilę w „Godzinę W” i zastanowić się nad tym, że jednak żyjemy w innych, lepszych czasach.

[Best_Wordpress_Gallery id=”22″ gal_title=”Godzina W”]

Głosuj TUTAJ

W tym roku postanowiłem w końcu wybrać się na ulicę Wyszyńskiego w Stargardzie, gdzie co roku o 17:00 stowarzyszenia narodowe przybiegają rozpalić race by uczcić pamięć uczestników Powstania Warszawskiego. Na ulicę rozciąga się wspaniały widok z wiaduktu przy dworcu PKP. Wyruszyłem tam o 16:45. Gdy przejeżdzałem pod wiaduktem malowani chłopcy pozbawieni włosów, z biało-czerwonymi opaskami na prawym ramieniu rozkładali flagę z napisem „Chwała Wielkiej Polsce”. To hasło zawsze wywołuje we mnie pusty śmiech. Bo kiedy ta Polska była wielka? Za Krzywoustego i Jagiełły? Czy chwilę przed rozbiorami za demokracji szlacheckiej? Sądząc po miłości narodowców do sloganu „Szlachta nie pracuje” bliżej im do XVII wiecznych zasad panujących w I Rzeczypospolitej. Ale też i zastanowiło mnie to hasło tego dnia. Czy żołnierze AK szli do powstania z okrzykiem „Chwała Wielkiej Polsce” na ustach? Czy raczej po prostu pragnęli wolności i chcieli wyrzucić z kraju okupanta. Bo oni mieli o co walczyć i mieli realnego wroga. W przeciwieństwie do chłopców narodowców, co to z Witoldem Pileckim na klacie walczą z Unią Europejską, Angelą Merkel, Tuskiem i żydowskim najeźdźcą. Wrogowie tak realni jak Oko Saurona. I tylko Pileckiego szkoda. Że tak sobie nim gębę wycierają.

Niemniej zbliżała się 17:00. Połaziłem chwilę po wiadukcie szukając dobrego kadru. Zrobiłem próbne zdjęcia i ustawiłem aparat, tak aby nic już nie zmieniać w trakcie całego wydarzenia. I nagle zawyły syreny. Chłopcy i dziewczęta stanęli na baczności a w ich prawiach zapłonęły race. Zauważyłem, że z lewej strony wysnuwa się czerwony dym. I zaczyna mieszać się z białym dymem rac. Zaczął tworzyć flagę biało – czerwoną. Miałem mało czasu na zrobienie dobrego zdjęcia, bo wiatr zaczynał rozwiewać kłęby dymu. Zrobiłem dosłownie 3 zdjęcia, z których to jedno wyszło tak, że nadaje się do pokazania światu. Chłopcy i dziewczęta z racami i biało czerwony dym. Polska płonie. Polska jest podzielona. Społeczeństwo dzieli się na patriotów i zdrajców. A definicja patrioty zależy od punktu siedzenia. Cała impreza trwała około minuty. 60 sekund dymu i pamięci. 60 sekund okrzyków „Cześć i chwała bohaterom!”. A wszystko wyglądało jak w latach 30tych w Niemczech. Gdy zniewolone umysły narodu niemieckiego wykrzykiwały „Sieg Heil!” na cześć małego człowieka z wąsem. I przeraziło mnie to.

Po tych 60 sekundach ku chwale uczestników Powstania Warszawskiego, całe to narodowe towarzystwo rozeszło się w 30 sekund. Pamięć minęła, zrobiła się cisza i wszystko wróciło do swojego starego rytmu. Jakby te 60 sekund nigdy się nie wydarzyło. I tylko ulice przypominały, że jednak coś się tutaj działo. Bo cała narodowa brać wyrzuciła zurzyte race pod siebie i zaścieliła ulice odpadami. A nic nie wywołuje we mnie większej złości niż bezmyślność i syf na mieście. I pomyślałem sobie czy powstańcy o taką Polskę walczyli? Czy brud pozostający po eventach ku ich czci, to jest to o czym marzyli? Czy ich życie rzucone na stos zasługuje tylko na 60 sekund pamięci i syf na ulicach?

Jadąc na zachód

Postanowiłem wziąć udział w konkursie National Geographic i Cyfrowego Polsatu. Nie zależy mi na wygranej. Chcę sprawdzić czy moje zdjęcia są w stanie kogoś zainteresować i zwrócić czyjąś uwagę. Konkurs kończy się 30 września. Zdążę jednak dodać jeszcze kilka zdjęć. Każda fotografia będzie okraszona krótką historią stworzenia.

[Best_Wordpress_Gallery id=”20″ gal_title=”Jadąc na zachód”]

Głosuj TUTAJ

Temat do powyższego zdjęcia siedział mi w głowie od pół roku jak nie dłużej. Codziennie przejeżdżałem tym wiaduktem do pracy i codziennie w głowie miałem, że to zacne miejsce na zdjęcia o zachodzie jest. Co chwila zdarzało mi się to wypowiedzieć głośno. Po 10 takiej wypowiedzi Anusiak zaczął mnie strofować “Zamknij ten głupi ryj i przyjedź zrób zdjęcie”. Po 100 zaczęła mnie bić w aucie. No weź tu się zbierz jak zawsze coś człowieka od wyjścia z domu odciąga. A to “Klan”, a to “Na Wspólnej”, a to “M jak miłość”. Wiadomo jak jest. Ciężko odrabia się pracę domową z takim repertuarem w telewizji i wszystko odciąga Twoją uwagę.

No, ale w końcu się zebrałem. Założyłem polarek i pojechałem na wiadukt. 25 kwietnia był. Wieczór. Niby ciepło a ze Skandynawii przypałętał się jakiś chłód. No wiało niemiłosiernie na wiadukcie. Mój styrany statyw wymagał dodatkowej stabilizacji, więc musiałem go za hak obciążyć plecakiem. Mimo wszystko zdjęcia jakoś mnie nie wychodziły. Żadna fotografia nie była zadowalająca. Dodatkowo w głowie miałem ujęcie pięknych rozciągniętych samochodowych świateł, a tu jak na złość ruch mizerny. 1 auto na 15 minut. Nie chciałem robić złożenia kilku zdjęć w Photoshopie, bo zależało mi na 1 porządnym zdjęciu. I stałem tak na wiadukcie, a naokoło niczego nie było widać. Zimny wiatr sprawił, że moje palce stały się zgrabiałe i coraz trudniej było zmieniać ustawienia w aparacie. Śpik mnie wisiał po piąty knefel*. Moje myśli kierowały się już do samochodu i odjazdu do domu.

Gdy nagle w oddali zauważyłem kolumnę pojazdów z transportem gabarytowym. Wiedziałem, że to jest to. Akurat jechały ciężkie wózki widłowe z Kalmara. Czyli firmy co to daje mi wikt i opierunek. Ustawiłem aparat, sprawdziłem ustawienia, chwyciłem pilota w dłoń i czekałem. Sekundy mijały. Czas się dłużył. Ja coraz bardziej się bałem, że moje zgrabiałe ręce nie zsynchronizują się z wysyłanym przez głowę impulsem do naciśnięcia spustu i cały misterny plan w pizdu. Auta były coraz bliżej. Sytuacja zrobiła się napięta jak guma w gaciach. Nacisnąłem. “Chyba się zgrało?” – pomyślałem. Teraz było już tylko czekać. Czas naświetlania ustawiłem na 30 sekund. Trwało to wieczność. Auta przejeżdżały a ja coraz bardziej myślałem, że coś pójdzie nie tak. Usłyszałem, że lustro się zamknęło. Widzę to zielone światełko z tyłu korpusu aparatu i czekam, aż na wyświetlaczu pojawi się te kilka megapikseli szczęścia. Trach! Na pierwszy rzut oka bez zastrzeżeń. Sprawdzam histogram – no prawie idealnie. I tak minęły 2 godziny w zimnie tylko po to, żeby ustrzelić 1 (słownie jedno) zdjęcie warte podzielenia się ze światem.

Ustawienia: Nikon D5300, Nikkor 18-105, f/14, ISO 100, 30s, ogniskowa 18 mm

*Gil z nosa wisiał mi po piąty guzik w koszuli

Janusz na wakacjach – dolce vita, pot z tyłka i brak ogórków kiszonych! Czyli ukrop!ne Włochy

Połowa lipca. Nadszedł czas upragnionego urlopu. Bilety samolotowe kupione pół roku wcześniej. Toskania wyczekiwała naszej wizyty niczem nasłonecznione zachodniopomorskie plaże zorganizowanego najazdu Januszy z Wielkopolski i Dolnego Śląska. Mówiąc krótko – jakbyśmy wylądowali na plaży w Mrzeżynie, to nikt nie zauważyłby różnicy. Ale spakowani ruszyliśmy w drogę podjarani jak afrykański imigrant na wejście na statek do Europy.

Problemy pojawiły się na lotnisku w Berlinie. Jak to zazwyczaj próbując wrzucić bagaż podręczny do luku, żeby się z nim nie tarabanić przez te wszystkie bramki, okazało się, że trzeba zapłacić za to 6 Euro. Myślę „nie będzie Niemiec pluł mi w twarz i nie dam zdziercom zarobić”. I gdy już miałem wykrzyczeć „verfluchten banditen” i niczem Jan Maria Rokita rozpocząć wojnę z germańskim okupantem, oprzytomniałem. Przecież w podręcznym jedzie 2 kilo krakowskiej, 3 pętka zwyczajnej, 1,5 kilo kabanosów, żubrówka i koper dla ciotki Haliny, co to we Włochach już 30 lat mieszka. Myślę „ciul z tą kiełbasą i żubrówką, ale jak mnie za 20 gram kopru zwiną, jak za próbę przerzutu narkotyków?”. No to potulnie schyliłem głowę i poszedłem zapłacić te 6 Euro haraczu, pod nosem wyklinając na niemieckich bandytów. Reszta już poszła gładko. Wylecieli, dolecieli, dojechali do ciotki, która na przywitanie ugościła nas iście po polsku wielką włoską kolacją.

Pierwszego dnia postanowiliśmy skromnie przespacerować się po kurorcie Montecatini Terme. Wyszliśmy na miasto jako ten Janusz z Grażynką, czując się jak państwo na włościach, bo przecież wszyscy miejscowi wyczekiwali naszego przyjazdu, abyśmy mogli zostawić tutaj swoje miliony. Nobless oblige, czyli płacę to wymagam. I gdy tak szliśmy wieczorem po centrum poczułem, że nie jestem tu jedynym Januszem, który przechadza się jak po swoim. Ścisk jak we Władysławowie w pełni sezonu. Nijak przejść na spokojnie a zewsząd wołały nas kolorowe wystawy straganów, zachęcające lukrem i tombakiem. No Zakopane pełną gębą. Brakowało tylko zdjęć z białym misiem. A każdy z turystów wylał na siebie chyba cały flakonik perfum, bo to przecież jakoś słonawą woń potu cieknącego po plecach trzeba zagłuszyć. I powietrze wypełnione było słodyczą pachnideł, które w połączeniu z klaustrofobicznym turystycznym ściskiem przyprawiały o mdłości. „Nic to” mówię do swojej Grażynki „jutro będzie lepiej, jedziemy na plaże”. Anusiak uśmiechnął się z politowaniem i rzekł pobłażliwie „Oj, Janusz, Janusz”.

Pobudka następnego dnia nie była zachęcająca. Obudziły mnie krople potu kapiące z czoła. Ukrop! Dżizas, jak tu się porządnie rano na wakacjach browarka napić? W Mrzeżynku to bym wyszedł przed namiot, strzelił januszowy hejnalik i byłbym szczęśliw do końca dnia. A tutaj? Dyć wypicie browaru przy 32 stopniach o 7:00 rano sprawi, że zasnę do 15:00. I cały dzień w plecy. A poza tym jakiego browaru, jak tu tylko wino piją. I nawet słodkiego nie ma tylko wszystko kwaśne i wytrawne. I tak już 3 dnia zamarzyła mi się Polska. A tu mnie Anusiak ciągnie na wycieczki jakoweś po Italii! Dobrze, że chociaż potrafi po ichniemu, to mnie sprzedawca kanapek na Euro nie oszuka. No ale wstałem i ruszyliśmy nad morze. Środek tygodnia był, to chociaż plaża w połowie wolna. Przyjemny wiaterek niwelował ten piekielny gorąc. Można było wejść do wody. A ta słona pieruńsko, jak zupa ogórkowa na zakładowej stołówce. Co mnie z tego, że nieziemsko czysta, jak pali język i szczypie w oczy? To już wolę ten nasz rodzimy Bałtyk z sinicami i mazutem. Ale przynajmniej swój. Niesłony, zimny, pachnący śledziem, cudowny!

Przeżyłem te kilka dni. Na przemian wycieczki i morze. Anusiak zaplanował. Po 10 dniach na wypożyczonym aucie miałem przejechane 1700 km. Jak widzę kluczyki od auta, to mam ochotę ciepnąć je w otchłanie Hadesu. I jeszcze to jedzenie. Tylko pasta, makaroni, risotto i owoce morza. A gdzie ziemniaczek, karkóweczka i schabowy? Te kilka dni z prosciutto, salami i serem sprawiło, że ochota mnie na golonkę wzięła. Przypomniałem sobie o kabanoskach w lodówce ciotki Halinki. To mnie Anusiak zatrzymał i zrugał niemiłosiernie. „Stop jełopie, to dla ciotki, ty sobie w Polsce zjesz” – rzekła i dała kopa do pokoju. A mnie w sennych omamach taki obraz się ukazał: ja, cały na biało, na ogrodzie swoim kosztując kabanoska, popijając czystą Luksusową i zagryzając kiszonym tudzież małosolnym. Wyborowo! A tutaj ani Żytniej, kabanoski zamknięte w sejfie, a kiszonego to sobie mogę wyguglować.

I tak jak zwiedzałem i próbowałem wypocząć nad słoną wodą zacząłem się zastanawiać, jak te wszystkie ludzie wytrzymują te wakacje All exclusive? Gorąco, słono, rozwodnione drinki, denerwujący rezydenci i jeszcze bardziej irytujący hotelowi animatorzy. Ale każdy Janusz wrzucić musi na fejsbuczka zdjęcia z plaży przy 37 stopniach, że jest cud, miód i orzeszki! Zarzekając sie przy tem, że w Polsce to jest be i syf. A ja tam kocham nasz kraj i następne wakacje zamierzam spędzić deszczowo w zachodniopomorskim kurorcie! Lepsze to niż męczyć się w luksusach i udawać żem Pan!

P.S. Jeszcze tu siedzę w Italii. Pisząc to jest 37 stopni. Smoła na ulicy sie gotuje. Po powrocie opiszę wam jednak co tu ciekawego można zobaczyć, co dobrego zjeść i jak przeżyć bez narzekania.

Nie bądź osioł – jedź to Torunia!

Toruń – miasto studenckich uniesień żony mojej. Anusiaka czyli. Miejsce, w którym również i ja chciałem kiedyś studiować, ale tak oblewałem z kolegami maturę, że zapomniałem tam papiery złożyć. Więc wylądowałem w Szczecinie.

Do Torunia pojechaliśmy na początku kwietnia. W ramach akcji „Polska zobacz więcej” organizowanym przez Ministerstwo Spotu i Turystyki. Wykupiliśmy weekendowy pobyt w hotelu i ruszyliśmy do stolicy piernika.

https://www.instagram.com/p/BTbCcJDhDiv/?taken-by=karkolomnyblog


Nie miałem podczas tej podróży czasu na robienie wysublimowanych zdjęć z panoramą Torunia  w tle, czy pięknych fotografii podczas zachodów czy wschodów słońca. Dlatego postanowiłem na nich uwiecznić to, co wpadło mi w oko podczas spacerów toruńskimi uliczkami. Mimo, że dziecko wykazywało czasami oznaki znużenia.

https://www.instagram.com/p/BTomlPLBy_d/?taken-by=karkolomnyblog

https://www.instagram.com/p/BTvZ8d4hedu/?taken-by=karkolomnyblog


Jeśli będziecie w tym mieście to koniecznie musicie odwiedzić restaurację Jan Olbracht – wyśmienite jedzenie i piwo ważone na miejscu. Pyszota. A śledzie to robią takie, że lepsze niż szynka. Ja wolę.

https://www.instagram.com/p/BTuIFecB6BS/?taken-by=karkolomnyblog


Narobiłem w Toruniu tyle zdjęć, że koleżanka namówiła mnie do udziału w konkursie „Portret z kujawsko-pomorskim zabytkiem w tle”. No to wysłałem zdjęcie grzdyla rozłożonego na toruńskiej starówce. W ogóle nie chciała współpracować. Czyli iść dalej. Nie było co tracić nerwów, więc wziąłem Zorkę 5 i zrobiłem kilka zdjęć. Tak dobrze wyszło, że dostałem wyróżnienie w konkursie i mogłem pojechać do Ciechocinka, odebrać nagrodę. W Ciechocinku też nigdy wcześniej nie byłem. Więc wycieczka do Torunia przyniosła same korzyści. I zdjęcie, które obiegło cały świat. A przynajmniej 1/4 kujawsko-pomorskiego:

https://www.instagram.com/p/BY0kVP5BluC/?taken-by=karkolomnyblog


I mogę Wam powiedzieć jedno – Toruń to nie tylko pierniki! Więc nie bądź osioł – jedź do Torunia!

[Best_Wordpress_Gallery id=”15″ gal_title=”Toruń”]

Co zrobić gdy dziecko nie chce się kąpać?

W ostatnim czasie gnębią mnie dwa problemy. Pierwszy dosyć prozaiczny: nie mam weny do napisania czegokolwiek, przez co karkołomnego bloga czytają tylko żona, rodzice i teściowa. Drugi jest dość mocno skomplikowany: Olka nie chce się kąpać.
I nie wiem czy młoda sprawdza swoją odporność na brud, czy testuje cierpliwość starego, czy po prostu ma takie widzimisię.
 
Choć przyczyna jest znana, nie wiadomo jak nad nią zapanować. Oto pewnego jeszcze zimowego dnia będąc w Rossmanie wpadłem (w moim robolskim mniemaniu) na zacny pomysł: kupiłem dziecku pastylki koloryzujące wodę do kąpieli. Wybrałem zacną niebieskość imitującą morze niczem na lazurowym wybrzeżu. Że wieczór był, to co sił w nogach pognałem do domu co by czym prędzej nalać wody do wanny i wykąpać Oleństwo. Podjarany byłem jak arab na kurs pilotażu gdy wrzucałem tabletkę do wody i zobaczyłem jak zabarwia się na kolor w stylu „bałtycki niepokój” z podkołobrzeskich plaż. No dobra. Lazurowego wybrzeża nie ma ale też jest znakomicie. Biorę mojego klona i z zachwytem pokazuję przygotowaną dla niej kąpiel. Olka popatrzyła na wodę. Następnie spojrzała na mnie jak na debila i z miną wyrażającą obrzydzenie rzekła: „Tata, Ola nie myć”. Zgłupiałem. To ja tutaj się staram a przyjdzie takie małe ledwo gadające i całą radość zabierze mnie staremu? O, nie! Nie dając za wygraną próbowałem zachęcić Oleństwo żeby wrzuciła do wanny lalę. Młoda przytuliła swoją zabawkę do mycia jeszcze mocniej, pokręciła głową i pokazując mi jednocześnie otwartą dłoń (jakby rzec chciała „Talk to the hand”) powiedziała krótko, zwięźle i na temat: „Nie”. Prosiłem, błagałem, kajałem się. Po kilkuminitowych negocjacjach młoda dała się przekonać. Poświęciłem swoją męską godność i zgodziłem się na popołudnie zabaw lalkami. Co mi tam.
 
Ochoczo rozebrałem grzdyla i włożyłem do wanny. Niestety ten mój wizualno – behawioralny klon zbyt bacznie zaczął obserwować wodę. Po minucie od rozpoczęcia kąpieli zobaczyła w wodzie paproch… Reakcja była niczem z filmu „Szczęki” – natychmiastowa ucieczka z wody. Gdyby była większa to zapewne wyskoczyłaby z wanny. Wstała, uczepiła się mojego ramienia i z krzykiem rozpaczy zawołała do mnie: „Tato, be!”. Na nic moje tłumaczenia, że to tylko paproch i zaraz go wyciągnę. Na nic mój heroizm w łapaniu owego rekina w wannnie. Olka tak jak stary nie lubi pływać w syfie (jak mam wejść do jeziora, rzeki czy morza to aż mnie trzęsie z obrzydzenia przed wodorostami i innymi pływającymi tam badziewiami). No, ale że w wannie? I to w domu? Wskoczyła 5 poziomów wyżej ode mnie.
 
Cóż było robić? Wyciągnąłem bajtla, wysuszyłem, ubrałem i położyłem do spania. Następnego dnia zaniechałem barwienia wody na niebiesko. Ale Oleństwo stanęło okoniem:
– Tato, Ola nie myć.
– Dlaczego Oluś?
– Tato, papot.
– Paproch? – mówię zdumiony – przecież tata powyciągał wszystkie paprochy z wody.
– Nieee, tato papot. Ola nie myć.
 
Załamka. Przecież kąpiel młodej to taki nasz rytuał od jej narodzin. Że już tak dorosła, że mnie nie potrzebuje czy co? Nic to, dziecko umyć trzeba. Więc jako nowoczesny rodzic rozpoczynam negocjacje, tłumaczenia i próbuję przekonać. 
Dupa. Gadka jak ze ścianą. Uparta jak ojciec. Złość zaczęła we mnie wzbierać. Na siebie. Że taki uparty jestem jak osioł. I to małe dwuletnie tamagochi ma ten paskudny charakter po mnie. Nie mogła przejąć w genach miłości i otwartości do ludzi po matce. Musiała po mnie upór i socjopatię. „Dżizas!” – krzyczę w myślach. I zaczynam się zastanawiać jak Ci ludzie niektórzy ze mną wytrzymują. Żona w szczególności.
No ale czas mija, a tłumaczenia odbijają się u mur zwany „Nie”. Po 15 minutach i na granicy nerwów wziąłem Oleństwo do wanny. To było najszybsze mycie świata i jednocześnie moje najdłuższe 30 sekund w życiu. Młoda wczepiła się we mnie, krzycząc „Papot! Papot!”. Aby dziecku stresu zaoszczędzić namydliłem ją szybko i postanowiłem spłukać prysznicem. Niestety. Młoda wytrąciła mi go jakoś z rąk. Oczywiście słuchawka musiała tak wylecieć żeby najprzód polać mnie całego a później całą podłogę w łazience. Klnę w myślach i nerwy moje już na granicy są. Młoda krzyczy. Dom wariatów. Wyjąłem, wysuszyłem, ubrałem i położyłem do spania.
 
I otworzyłem browara, bo to za dużo stresu jak dla mnie. Gdybym był nowoczesną matką to pewnie bym wpisał na jakimś forum facebookowych mamusiek pytanie „Co zrobić gdy dziecko nie chce się kąpać?” i natychmiast dostałbym pińcet dobrych rad od różnych mamusiek. A jedna przez drugą prześcigałyby się w tym czyjej rada jest lepsiejsza. Ja bym dodał im tylko do zadania level hardcore: Oleństwo następnego dnia schowało korek do wanny. Taka łajza uparta. Co zrobić? Jak żyć?
 
P.S. Żeby nie stracić 5,99 zł wydanych na barwnik do wody, używam go do swoich kąpieli. Wanna ma jakieś 100 cm. Ja 185. Więc lekko wystając nogami wyleguję się w odmętach lazurowego wybrzeża.

Mądre drzewo i szalejący karzeł

#Dobrazmiana dąży do samozagłady. Jak nie rozbijają się samolotami pod brzozą, to jeżdżą z pękniętą gumą lub grają w „kto pierwszy stchórzy na czerwonym świetle”. I zawsze ich niepowodzeniom lub ewentualnym wypadkom winni są parszywi reakcjoniści sprzeciwiający się władzy jedynie słusznej i sprawiedliwej.

Ignorancja rządzących sięga zenitu. Co chwila słyszymy o popisach Misiewicza, idiotycznych wpisach Pawłowicz czy alternatywnej rzeczywistości Macierewicza. Nad wszystkim czuwa łagodna broszka Beaty Szydło, głupkowaty uśmiech Andrzeja i idiotyzm Płaszczaka. A za nimi wszystkimi stoi opiekuńcza ręka naszego słoneczka narodu. Naszego człowieka wolności. Tfu. Naszego. Ja się o taką wolność nie prosiłem.

Nie wiem jak Wy, ale ja z tą ignorancją władzy czuję się jakby mi ktoś srał prosto na głowę. Co chwila słyszę, że albo jestem gorszego sortu albo człowiekiem specjalnej troski. I wkurwia mnie to niemiłosiernie. Moją złość potęguje fakt że inwektywy te kieruje wobec mnie 70 letni zakompleksiony człowiek, który opił się tupolewówki i wszystkich naokoło obwinia o śmierć brata. Tylko nie siebie i swoich kolegów. I ich arogancji wobec wszystkiego. Szczególnie wobec prawa, sprawiedliwości i obywateli.

A tutaj słyszę nagle, że w środę Pan Antłan wraz ze swoimi kierowcami postanowił zabawić się w Super Froga (który to niegdyś szalał po ulicach Poznania) a jednocześnie być lepszym od Hamiltona i pozapierdalać troszeczku na trasie od Torunia do Warszawy. Łamiąc wszelkie możliwe przepisy drogowe aby przebyć odciniek 260 km w 1 godzinę i 45 minut, po drodze doprowadzając do wypadku. Gratuluję wyobraźni panu siwemu. No ale żeby mieć wyobraźnię to trzeba mieć mózg. A Antłanowi natura poskąpiła tego organu. Albo po prostu zrobiła go idiotą. Swoją drogą wkurwia mnie to, że nikt tego naszego misiaczka nie próbuje pociągnąć do odpowiedzialności. Bo jak nic zachowanie kierowcy wyczerpuje znamiona czynu sprowadzenia zagrożenia w ruchu lądowym w zamiarze bezpośrednim. Kierowca wiedział, że może doprowadzić do wypadku (w końcu już jeden po drodze spowodował) a mimo wszystko w dupie miał życie innych ludzi. A Macierewicz powinien usłyszeć zarzut współsprawstwa. Bo przecież to on dowodził tym całym konwojem. Antłan może i jako poseł i minister stanowi prawo, ale nie może stać ponad prawem, wobec którego wszyscy są równi. No ale cóż. To na pewno oni czyhali na życie Antoniego. Bo na niego zawsze czyhają tajemniczy „ONI”. Jak kiedyś miałem interwencję wobec człowieka, który widział i słyszał „onych” to go na oddziale 5 na Mącznej w Szczecinie zamknąłem. Że w psychiatryku czyli. Bo to by było wymarzone miejsce dla Antłana.

I jeszcze ten tytuł „Człowieka wolności” dla Jarosława. Zastanawiam się za co? Przecież jest tylko zwykłym, szeregowym posłem. Nie ma wpływu na nic. A dostaje tytuł człowieka wolności. I kurwa jakiej wolności? Czyli że przez 32 lata swojego życia spędziłem w niewoli i Pan Jarosław mnie wyzwolił? Dziękuję Ci drogi królu polskiej polityki, że wyzwoliłeś mnie spod jarzma liberalnego, umiarkowanego rozwoju i pozwoliłeś mi żyć w świecie wolnym od rozumu. A słyszeliście co Pani z Broszką na przedzie mówiła dziękując Jarosławowi? Zacytuję:

 Źróło: gazeta.pl  

Droga Pani Premier! Ja nie chcę w Polsce rasizmu, ksenofobii, nacjonalizmu i galopującej nienawiści. Tymczasem z każdej strony słyszę krzyki o wielkiej Polsce, o śmierci wrogom Ojczyzny, o goleniu na łyso kobiet, o wieszaniu KODziarzy. I zastanawiam się jak mam uchronić dziecko przed zgubnym działaniem tego gówna. A Pani i jej rząd na to pozwala. A w szczególności ten skarlony człowiek wolności. Do tego czy Polska jest bezpiecznym krajem? Czy może być bezpiecznie w kraju gdzie banda wyznawców wielkości narodu najpierw urządza burdę w barze z tureckimi bułkami, a gdy jeden z tych wielkich Polaków zostaje dźgnięty nożem to reszta debili urządza rozpierduchę na pół miasta. Niech Pani powie, że Polska to bezpieczny i tolerancyjny kraj tym wszystkim pobitym Włochom, Portugalczykom, Hiszpanom, Francuzom, Turkom, Ukraińcom czy Gruzinom tylko dlatego, że miłościwi Polacy myśleli, że idą na pięści z bojownikami ISIS tudzież chcieli spuścić manto komuś kto nie jest Polakiem, żeby później brylować na salonach.

Nienawidzę gdy ktoś próbuje zrobić ze mnie idiotę. A obecna władza cały czas pluje mi w twarz i mówi, że deszcz pada. Gdy ja widzę czarne, Kurski ze świtą mówią, że to białe. 7 lat w Policji nauczyło mnie pokory, cierpliwości a przede wszystkim działać zgodnie z własnym sumieniem. Nasłuchałem się pod swoim adresem niewyszukanych wyzwisk, niespełnionych obietnic zabicia mi matki, żony a przy okazji życzeń wychędożenia mnie przez czarnego. Przy każdym takim idiocie siedziałem cicho. Bo nie zwykłem rozmawiać z debilami i podejmować z nimi polemiki. Ale gdy widzę jak #dobrazmiana, PiS i zakompleksiony karzeł robią ze mnie idiotę to nie potrafię siedzieć cicho. Wzbiera we mnie coraz większa złość wobec ich arogancji. Przeczytałem ostatnio w ciekawej książce „Dysforia” Marcina Kołodziejczyka taki cytat: „Czy mądre drzewo walczy z wiatrem? Nie walczy, ono się zgina i wiatr po nim spływa, nie czyniąc szkód”. Ale ile można zginać się przed huraganem idiotyzmu jaki funduje nam obecna władza?
 
„A gdyby spojrzeć na to inaczej 
Że władza to miejsce dla idiotów 
Wtedy sytuacja wygląda normalnie 
Bo wszyscy żyjemy w domu wariatów”
Dezerter „Choroba”
 
P.S. Pink Floyd w utworze „Pigs (Three Different Ones)” ma taki znamienny tekst: „Z zaciśniętymi ustami i z zimnymi stopami, Czy nie czujesz, że nadużywasz władzy?”. Po wygranej Trumpa Roger Waters zrobił takie wizualizacje w trakcie koncertu w Meksyku (zastąpcie głowę Donalda głową Kaczyńskiego albo Macierewicza a wyjdzie to samo)
 
 
 
 

Każdy ma swojego Donalda

W USA rzecz się stała niesłychana! Prezydentem został ten, który nie powinien. Bo wszyscy mówili, że szans na wygranie nie ma żadnych. Gdzie nie spojrzeć, tam każdy krzyczał, że cham, prostak, świńska grzywka, szowinista i słoma mu z tych pierońsko drogich butów wystaje. A jednak wygrał.

Facebooki i Tweetery zostały zalane falą komentarzy, jak to źle będzie przez Trumpa. I wszyscy powtarzają po sobie, jak te barany na pastwisku, że tragedia. Efekt stadny jak się patrzy. Każdy osioł wychodzi z założenia: „Chuja wiem o Trumpie, ale wrzucę tekst, że przez niego będzie źle, bo wszyscy tak robią”. A tak naprawdę wiedza większości z Was o Donaldzie z Ameryki sprowadza się do tego, że ma kasy jak lodu, włosy zrobione z futra dziewic, pomarańczową twarz i biegają wokół niego fajne dupeczki.

Dlaczego Trump wygrał?

A dlaczego wygrał PiS i Duda, tzn. Kaczyński, nasze słoneczko Narodu? Dlaczego wygrał Orban na Węgrzech i Erdogan w Turcji? Dlaczego we Francji coraz większym poparciem cieszy się Front Narodowy, a w Niemczech prawicowo – populistyczna partia AfD (Alternatywa dla Niemiec)? Bo społeczeństwo jest głupie? Było zawsze. Po prostu nastroje ludności na całym świecie się radykalizują. Sprzyja temu kryzys ekonomiczny, zamrożone płace, większe trudności w dostępie do dóbr doczesnych, a do tego kryzys migracyjny. Świat się nachlał wysokoprocentowej wolności a teraz rzyga tą całą swobodą, spuszczając wszelkie osiągnięcia budowanego przez lata dobroczynnego kapitalizmu w kiblu. I szuka przy tym bata, który przypilnuje aby ludzkość tyle nie chlała. A kacem i rzyganiem będąc zmęczonym społeczeństwo słucha debili, którzy obiecują abstynencję i dostatnie życie. A cóż może być lepszego niż obietnica przywrócenia wielkości ojczyzny, wypędzenia obcego kapitału, rozwoju rodzimych przedsiębiorstw, eksmisji i nie wpuszczana imigrantów, osądzenia tamtych albo onych (każdy obcy to zdrajca i wróg przeca). Społeczeństwo chłonie takie obietnice jak gąbka. Bo 80% ludzi nie filtruje informacji, które do nich docierają (na szczęście ja piszę do tych 20%). Czasami gdy słucham opowieści Narodu stojącego w kolejce w sklepie to strach mnie oblatuje, że osobniki z IQ na poziomie 80 mają prawa wyborcze. Dochodzę do wniosku, że ludziom da się wcisnąć największą głupotę. A jak się ma krawat to w ogóle wszyscy są kupieni. Choćby człowiek udowadniał, że ziemniak nie jest kartoflem.

A co obiecał Trump w kampanii wyborczej? Obniżkę podatków, płacę minimalną na poziomie 15 dolarów za godzinę (Clinton dawała 12,5 – głupia), mur na granicy z Meksykiem, deportacja nielegalnych imigrantów, Hillary Clinton pod sąd (coś w stylu „Tusk zdrajcą Ojczyzny”), podatek na towary importowane z Chin w wysokości 45% (bo miałoby to wpłynąć rozwojowo na amerykański przemysł), walkę z państwem islamskim. Przecież to marzenia współczesnego człowieka są. Gdyby miejscami pozamieniać hasła to i w Polsce Trump wygrałby wybory. Ale Donald z Ameryki i tak kupił naszych amerykańskich rodaków, bo…

Zniesie wizy do USA

Każdy kandydat na urząd Prezydenta USA uwzględnia w swoim programie kwestię zniesienia wiz dla Polaków. Cóż złego jest w rzuceniu mięsa wyborczego i zdobyciu paru głosów więcej. A przecież każdy mieszkający na Green Poincie czy w Chicago Polak chciałby, żeby ciocia, stryjek czy bratanek bez przeszkód mogli wsadzić 4 litery w samolot i przylecieć w odwiedziny. A do tego przywieźliby słoik Bee Geesu (czyt. bigosu). Moi mili rodacy, zapamiętajcie sobie te słowa:

TRUMP NIE ZNIESIE WIZ DO USA!

Dlaczego zapytacie? Otóż śpieszę wyjaśnić: jedyną osobą, która może znieść wizy, jesteś Ty drogi rodaku. Tak Ty. Wiecie na jakiej podstawie w USA znoszone są wizy dla danego kraju? Ano członkami programu o ruchu bezwizowym mogą być państwa, w których odsetek odmów wiz i nielegalnych przedłużeń pobytu w USA nie przekracza 3%. Wiecie jaki był odsetek dla Polski w 2015 roku? 10,8%… Po prostu, cwany rodaku, wyjeżdżając do USA i zostając tam nielegalnie sam wpływasz na to, że Twoja żona i dziecię już do USA nie może przylecieć. Tylko obawiam się, że gdyby Polacy wyłączyli na jakiś czas narodowe kombinatorstwo i jakimś cudem udałoby nam się dostąpić zaszczytu ruchu bezwizowego do USA, to było by nas tam więcej niż Meksykanów niestety. I Trump zbudowałby mur na granicy z Polską. A kto mu zabroni?

Jak Amerykanie mogli zagłosować na Trumpa?

Bo to american dream jest. W USA każdy obywatel ma w genach wpisane hasło „Impossible is nothing”. I Trump jest tego najlepszym przykładem. Większość gawiedzi na świecie pyta: jak taki głupek mógł zostać Prezydentem USA? A ja się zapytuję: Czy głupkiem może być człowiek, który od 50 lat jest jednym z najbogatszych ludzi świata? Który potrafiłby sprzedać gówno i wmówić ludziom, że to batoniki na nieśmiertelność. Oczywiście, że może być głupkiem. Ale Trump to marka. Jest elementem amerykańskiej popkultury od lat. Nie ma człowieka na ziemi, który by nie wiedział kim jest ten śmieszny pan z czupyną w kolorze sraczki. Przyznajcie się bez bicia, kto przed wyborami w 2008 roku wiedział kim jest Barack Obama? Już nie wspomnę o tym żeby posiadać wiedzę, że jest czarny. A Trumpa zna każdy.

Donald wygrał też dzięki medialnej nagonce. We wszelkich serwisach mówiono o jego wpadkach, aferach i o tym co znowu powiedział głupiego. O Clinton nie było nic. A stara hitlerowska prawda głosi, że nie ważne jak się o kimś mówi. Ważne, że się mówi. A reklama się sama robiła.

Głosując na Donalda ludzie pokazali, że potrzebna jest zmiana. Dali politykom żółtą kartkę. Wybrali człowieka, który nie jest związany z establishmentem (skąd ja w mordę znam takie trudne słowa)? Ludzie mają dość polityków i ich słodkiego pierdolenia. Wolą wybrać kandydata, który w prosty sposób powie co mu się nie podoba i co należy zmienić. A że człowiek jest z natury głupi (bo przecież rodzi się bez jakiejkolwiek wiedzy tak?), to i głosuje za tym, który mu więcej obieca. Ludzie nie chcą polityka, który obiecuje miejsca pracy. Społeczeństwo woli biznesmena, który tą pracę przez lata ludziom zapewniał. I nie krzycz drogi rodaku, że Amerykanie są idiotami. Spójrz sam, co wybrałeś rok temu.

Czy Ameryka jest na rozdrożu?

Nie. USA od wojny secesyjnej podzielone jest między konfederatów i jankesów. Jedni są ksenofobicznymi miłośnikami ojczyzny. Drudzy to lewacki pomiot miłujący homoseksualizm i multikulturowość. I tak będzie zawsze.

Dlaczego świat się boi Trumpa?

Bo nie jest politykiem i nie wiadomo czego się po nim spodziewać. Nikt nie zna dokładnie jego powiązań, nikt nie wie, w którą stronę pójdą jego decyzję. Świat obawia się wprowadzenia przez niego polityki izolacjonizmu i nie ingerowania w problemy innych państw. A nie oszukując nikogo, Europa w przypadku zagrożenia nie jest w stanie sobie poradzić bez militarnego wsparcia USA. Wszyscy boją się jego niewyparzonego języka i dyplomatycznego nieobycia. Trump będzie traktował prezydenturę jak biznes . A w tym chodzi o to, żeby zarobić jak najwięcej. Donald jest typem lidera i zwycięzcy, więc w każdej dziedzinie będzie dążył do bycia najlepszym. Tylko czy będzie to robił tak jak w biznesie idąc po trupach do celu? Co zmieni jego prezydentura dla Polski i Polaków? Nic. Od wielu lat nie jesteśmy brani pod uwagę jako równorzędny partner w interesach i zawsze w spotkaniach z USA występujemy na klęczkach. Ostatni raz, gdy Amerykanie patrzyli na Polskę z podziwem, miał miejsce podczas wystąpienia Lecha Wałęsy przed Kongresem USA. No i może podczas jakiejś wizyty papieża Polaka. Ale trzeba być szczerym. W 2137 roku nikt nie będzie pamiętał co zrobił Wałęsa ani tym bardziej, że był jakiś papież Polak.

Czy należy obawiać się prezydentury Trumpa? Świat przeżył Reagana, Busha seniora i juniora, Clintona i jego afery rozporkowe, więc czemu miałby nie przeżyć Trumpa? Jedno jest pewne: na świecie nie będzie pokoju, jeśli ruchy faszystowskie i rasizm dalej będą rosły w siłę. Trump jest prawicowym oszołomem z niezłym wyczuciem gospodarki. Ale też ksenofobem. I na pewno nie przyczyni się do zahamowania fali ogarniającego świat debilizmu zwanego nacjonalizmem.