Karkołomny

Kategoria: Blog

Poszedłem na Smoleńsk (recenzja spoilerowana)

Na studiach pracowałem w kinie. Niejeden film obejrzałem. Bywały gorsze i lepsze. Niejednokrotnie widziałem jak ludzie wychodzili z kina, bo nie dało się czegoś oglądać. Zawsze mówili do mnie: „Dlaczego takie gówno puszczacie?”. Jakby to ode mnie zależało, co jest nagrywane i wyświetlane w kinach. Kocham kino. Żona moja czasami nie wierzy, że oglądałem jakiś zakopany pod kurzem zapomnienia film (chociaż po 4 wspólnych latach przestała się dziwić). Dlatego poszedłem na „Smoleńsk”. Żeby móc go Wam opisać. I żeby zrozumieć ludzi, którzy wierzą w zamach.

Pragnę pozbawić swoją recenzję jakichkolwiek politycznych powiązań. Jenak momentami się nie da….

Wszyscy wiemy co się wydarzyło 10 kwietnia 2010 roku. Każdy z nas robił wtedy coś innego. Ale z racji tego, że była sobota po piąteczku, to większość społeczeństwa robiła to samo: kacowała. Dlatego też do większości informacja o katastrofie prezydenckiego samolotu nie docierała. Myśleli, że to jakiś spóźniony prima aprillis tudzież tak pochlali, że im się czasoprzestrzeń załamała i są znowu w 2001 roku 11 września. Ale jednak to była prawda. Mój skacowany kolega gdy usłyszał o katastrofie Tupolewa zakrzyknął: „Tu polej!”. I tak tupolewaliśmy do końca soboty. Jedyną piękną rzeczą w tamtym czasie było to, że cały Naród był zjednoczony. Mówił jednym głosem. Dopiero po kilku dniach powstały podziały na zwolenników zamachu i przeciwników chowania Prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Wawelu.

Wybierając się na „Smoleńsk” wiedziałem czego się spodziewać. Domyślałem, się, że nie jest to film najwyższych lotów. Gdy koledzy i żona pytali się mnie „Po co tam leziesz” odpowiadałem z uśmiechem i przekorą: „Żeby poznać prawdę”. Anusiak skomentował to jednym słowem: „Debil”. Koledzy byli trochę bardziej dyplomatyczni. Ale nie przytoczę co mówili. Żona doradziła, abym zaopatrzył się w jakąś setunie albo dwie, bo mogę tego nie wytrzymać. Dobra kobita. Nie ma co. Przezornie poszedłem za jej radą, bo przecież żony się trzeba słuchać.

Gdy wszedłem na salę kinową doliczyłem się około 70 osób. Szybki rzut oka. Większość miłośników zamachu. Zmierzyli mnie wzrokiem na wejściu i poczułem na sobie pogardliwe spojrzenia. Wyczuli, że nie jestem po ich stronie.

Już pierwsze sceny „Smoleńska” nie pozostawiają złudzeń. Był zamach. Rosyjski Ił przelatuje nad lotniskiem Siewiernyj i słychać meldunek pilotów „Ładunek zrzucony”. Pomyślałem „O kurwa…” i w pośpiechu pociągnąłem łyk okowitki, w którą nakazała mi się zaopatrzyć żona. Teraz już w spokoju mogłem czekać na rozwój sytuacji. Ukoiłem skołatane serce. I w sumie to nie wiem co mam Wam napisać o tym filmie.

To, że jest mierny to mało powiedziane. Film sam w sobie jest żałosny. Oglądając grę Beaty Fido (odtwarzającej rolę głównej bohaterki) czułem wstyd i nie mogłem na nią patrzyć. Nie potrafiła nawet porządnie zagrać osoby pod wpływem alkoholu. A przecież każdy Polak potrafi udawać pijanego. Beata Fido nie potrafi. Więc wyobraźcie sobie jej kunszt aktorski. Po 20 minutach zaczęła mnie nawet drażnić drętwota dialogów. Wszystko to takie płytkie i przewidywalne było, że nie dość, że nie dało się na to patrzyć, to i nie dało się tego słuchać. Przykładowy tekst „To nie jest prosta sprawa, a nawet wręcz przeciwnie”. Zastanawiałem się czy robią z widzów debili, czy to jakiś polityczny przytyk do Lecha Wałęsy.

Nic mi w tym filmie nie grało, co mogło by dać choćby krztynę nadziei, że film mógłby powalczyć o Oscara. Ale na pewno dostanie jakąś nagrodę od ministra Glińskiego. Albo złoty medal od Antoniego. Dobra. Miało nie być polityki.

„Smoleńsk” po prostu nie wciąga. Nie ma w nim choćby momentu, w którym widz musiałby się zastanowić, pomyśleć co może się wydarzyć dalej. Tak wiadomo, jest to film opowiadający o prawdziwych wydarzeniach (niekoniecznie oparty na faktach). Ale nawet w takim filmie można budować emocje, wpleść element zaskoczenia czy intrygi. Tak jak zrobił Wajda w „Katyniu”. Temat niby oczywisty. A pokazany w tak niesamowity sposób, że nawet mnie się chciało płakać na ostatniej scenie. Chociaż Anusiak śmieje się ze mnie, że płakałem na filmie „Służące” (obejrzyjcie a też będziecie płakać). Siedziałem tak na tym „Smoleńsku” i patrzyłem tępo w ekran, bo nic mnie w nim nie ciekawiło. Ani muzyka, ani zdjęcia, ani efekty. Pobudziłem się troszeczkę gdy zobaczyłem sceny z 9 sierpnia 2010 roku. Wówczas to przed Pałacem Prezydenckim miała miejsce wielka manifestacja przeciwników krzyża. Byłem tam. Na służbie. Siedziałem wewnątrz Pałacu w pełni uzbrojony do zabezpieczenia demonstracji. Byłem w kompanii przeznaczonej do reagowania na wypadek eskalacji agresji i wybuchu zamieszek. Widziałem to wszystko z odległości około 50 metrów, patrząc z drzwi bocznych pałacu. Później zaczęło mi się nudzić, to usiadłem i oparłem się o szybę, za którą stał Okrągły Stół. Łezka mi się przy tych scenach w oku zakręciła.

Aż do momentu, w którym główna bohaterka dziennikarka (ten film był tak ciekawy, że nawet nie zapamiętałem imion bohaterów) szuka kontaktu z rodzinami ofiar katastrofy. I trafia do podziemia. Uznałem, że moja słaba psychika tego nie zniesie. To rodziny smoleńskie miały tajne podziemie, w którym się spotykały? W którym rozmawiały na temat tego jak walczyć z Rosją, która tuszuje dowody zamachu? A na dodatek na bramce do podziemia stoi ksiądz? Dobrze, że Anusiak kazał mi wziąć dwie setunie. Wypiłem pośpiesznie drugi flakonik okowitki dla spokojności. Miałem ochotę wyjść z filmu. Wstałem i wyszedłem. Do toalety. A idąc czułem, że widzowie patrzą na mnie jak na rosyjskiego agenta. W toalecie spłukałem twarz zimną wodą, spojrzałem w lustro i powiedziałem do siebie „Musisz tam wrócić. Wytrzymasz. Kto inny jak nie ty przekaże Narodowi prawdę o „Smoleńsku”. I wróciłem. I przez resztę filmu czułem się tak:

Bo film jest dwugodzinną indoktrynacją o tym, że był zamach. Każdy kto ma inne zdanie jest zły. Nawet postaci przedstawiane są w taki sposób. Ci, którzy twierdzą, że to była tylko katastrofa są zimni, obcesowi, ironiczni, agresywni i wylewa się z nich jad cynizmu. Natomiast bohaterowie filmu, którzy wierzą w zamach są ciepli, dobrzy, sprawiedliwi, honorowi. Tacy do rany przyłóż, że nie da się ich nie lubić. To tak jak dobre smerfy i zły Gargamel, dobry Kopciuszek i złe siostry, dobry zając i zły wilk, dobre gumisie i zły księciunio. Tylko główna bohaterka przez cały film jest nijaka. Przedstawiona jest jako osoba mało inteligentna, nierozgarnięta, niepotrafiąca sobie poradzić z prostym materiałem i ulegająca manipulacjom. Nie dziwota. W końcu pracowała dla TVMSat. Tak. Nawet nazwa znienawidzonej stacji sugeruje kto przy zamachu manipulował.

Najbardziej jednak zadziwiała mnie reakcja publiczności. Niby wszyscy krzyczą, że TVN kłamie i manipuluje, a 90% stanu widowni (czyli jakieś 60 osób) nie potrafiło przefiltrować tego, jaka propaganda wylewa się z ekranu. Przy scenie, w której jedna z bohaterek z rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej mówi, że w Moskwie przesłuchiwana była 7 godzin, po sali usłyszałem biegnący szmer niedowierzania połączonego z nutą nienawiści do Rosjan. Gdy przy konferencji komisji MAK pada informacja, że nie będzie briefingu premiera Tuska w tej sprawie, bo jest na nartach w Dolomitach, po sali przebiegł szmer nienawiści. Przy scenie, w której Tusk spotyka się z Putinem w Sopocie miałem wrażenie, że w ekran polecą koktajle Mołotowa. Gdy redaktor naczelny TVMSat mówi, że nie puści żadnego materiału dowodzącego teorii zamachu, na sali słychać było pogardliwe parsknięcia. Ludzie nie filtrowali tego żenującego prania mózgu, który lał się z ekranu ciepłym moczem.

Kulminację mojego niedowierzania wywołały sceny końcowe gdy zabici oficerowie w Katyniu spotykają się z ofiarami katastrofy smoleńskiej. Ludzie płakali na „Smoleńsku”. Ja jedyne co czułem to niesmak i zażenowanie. Wstyd mi było za grę aktorów. Niczym to się nie różniło od para dokumentalnych produkcji typu „Daczego Ja”, „Trudne Sprawy” czy „Pamiętniki z wakacji”. Wszystko było siermiężne i toporne z niewyszukanymi i przewidywalnymi dialogami. To już aktorzy grający w „Sensacjach XX wieku” dawali z siebie więcej. A do tego sam film pozbawiony jakichkolwiek reguł, chaotyczny, niespójny. Film klasy zero. To jest jeden z tych filmów, na który nie warto poświęcić więcej niż 10 sekund czasu przy przeszukiwaniu kanałów telewizyjnych. Na studiach oglądałem z przyjaciółmi bardzo dużo filmów. Kolega Robert wynalazł kiedyś czeski film „Ociosanek”. Abstrakcja jakich mało. Jest to film o małżeństwie, które nie może mieć dzieci i przygarnia żyjący kawałek drewna, który wychowują. Mały Otik zjada przy okazji listonosza i sąsiadów. I uwierzcie, ten film był bardziej wciągający niż „Smoleńsk”. Naprawdę. Zobaczcie trailer:

https://www.youtube.com/watch?v=aF8SSyQi-2c

Moje wrażenia po „Smoleńsku”? Czułem się zgwałcony na umyśle i nie mogłem sobie darować, że ja to tak sam sobie uczyniłem (ale to dla Was, więc jak tekst nie odbije się dużym echem to uznam, że film zrobił mi sieczkę z mózgu). Film jest jedną wielką propagandą, która ma dowieźć tego, że był zamach. A każdy kto myśli inaczej i nie dopuszcza do siebie teorii podłożenia ładunków wybuchowych i sztucznej mgły, jest z natury zły. Film nie pomógł mi zrozumieć zwolenników teorii zamachu na prezydenta. Ale dzięki niemu zrozumiałem jedno: obecna ekipa rządząca będzie robić wszystko aby teoria zamachu stała się jedyną słuszną i będą do tego wykorzystywać wszelkie możliwe środki propagandy. W myśl zasady „Kłamstwo powtórzone 100 razy staje się prawdą”. Bo w filmie wielokrotnie pada hasło „Pancerna brzoza”. Szczerze Wam powiem, że sam zacząłem się nad tym w pewnym momencie zastanawiać i przeraziło mnie to, jak mocna jest siła sugestii. Ale na szczęście po 24 godzinach od filmu doszedłem do siebie. A wam radzę: nie idźcie tą drogą. Nie idźcie na film. Wystarczy, że przeczytacie moją recenzję. Bo to film, który nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego.

Szapo Ba! Czyli in tributum

Nadszedł ten moment. Anusiakowi skończył się urlop macierzyński i czas jej było wrócić do pracy. Skończył się dla niej okres niekończącej domowej harówki. Przyszedł moment, gdy trzeba było przejąć od żony część obowiązków.

Oleństwo zostało oddane pod opiekę niani. Niestety bajtel nie przeszedł pomyślnie egzaminów wstępnych do żłobka i żadna placówka nie chciała jej przyjąć. Mówili coś o braku miejsc i że frank szwajcarski rośnie w siłę. Ogólnie coś na PiS zwalali. Nic to. U niani grzdylowi jest dobrze i cieszyć się z tego należy.

Jednakże z racji mojego zmianowego systemu pracy, stało się tak, że dane mi było zostać z bajtlem sam na sam na dłużej niż 2 godziny. I to już w pierwszy dzień pracy Anusiaka. Nie powiem aby wizja ta nie wywoływała u mnie chwilowych palpitacji serca. Bo przecież jak to tak, bez Anusiaka na 8 godzin?

Gdy zbliżał się TEN dzień, atmosfera robiła się napięta jak guma w gaciach i gorąca jak rozgrzana prostownica do włosów. Nawet pies bał się wyściubić nosa z kojca. Początek TEGO dnia nie zapowiadał się różowo. Olka obudziła się razem z Anusiakiem. Czyli skoro świt. O 5:30. I nie była przyjaźnie nastawiona do otoczenia. Jej zachowanie odzwierciedlało filozofię „nie mów do mnie z rana”. Znacie to uczucie. Patrzycie na kogoś, a ta osoba chce jedynie abyś się zamknął. I tak było z tym 12 miesięcznym bajtlem. Złość i krzyk. Bo nie mogła się przykleić do jakże pięknego wodopoju w postaci maminych piersi. Damn. Cóż mnie było robić? Nosić i tyle. I kombinować. Mój strach narastał w miarę zbliżającej się godziny wyjścia Anusiaka z domu. Minę jednak twardą i wesołą zachowywałem, bo żona moja była podwójnie zestresowana. Nie dość, że powrót do pracy po 12 miesiącach, to jeszcze dziecko musi zostawić z ojcem karkołomnie nieogarniętym. Więc gdybym okazał choć odrobinę zwątpienia i słabości, gotowa by mnie pozbawić praw rodzicielskich.

Ale nic to. Klamka zapadła. Drzwi się zamknęły. Pozostał głuchy stukot anusiakowych obcasów w oddali. Olka spojrzała na mnie siedząc na rękach. Zrobiła swoją słodką minę i mówiąc „tiu” pokazała, że mam iść do pokoju. I wszystko minęło w miarę sprawnie. 8 godzin zleciało jak z bicza strzelił. Było śpiewanie, było jedzenie, było skakanie, zabawa z lalkami, śledzenie przechodniów w oknie i nabijanie się z kierowców, którzy nie mogli sobie poradzić z automatem parkingowym, było spanie, spacer i wszystkie te rzeczy, które dla dziecka małego najlepsze. Olka okazała łaskę zgredowi swojemu.

Tylko, że prysznic musiałem wziąć około południa, gdy Olka skleiła oko z poduszką. Spacer też nie minął bez przeszkód. Bądź tu człowieku mądry jak ubrać dziecko, gdy żona wytycznych nie zostawiła. A weź zadzwoń z zapytaniem w co ją ubrać. To tak Ci wytłumaczy, że nie będziesz wiedział, że masz takie rzeczy w domu. I w końcu założysz kurtkę, w której najczęściej dziecko dostawałeś idąc na spacer. No i nie można przecież przed żoną pracującą okazać słabości. Zaraz by to się zamartwiało w pracy, że mąż jełop. I ułomny do tego.

Gdy Anusiak wrócił do domu wszystko w miarę grało. Dziecko było całe, bez śladów upadku z dużej wysokości czy uderzenia w komodę. Pies wylegiwał się na kanapie rozłożony jak żaba na liściu. Ja przyjąłem na facjatę maskę „poker face” z delikatnym uniesieniem prawego kącika ust, aby wyglądało, że wszystko gra.

I tylko później naszły mnie pewne refleksje. Bo o to ja spędziłem z Oleństwem 8 godzin, całą uwagę poświęcając tylko jej. Zastanawiające jak to robił Anusiak, że w czasie pobytu na macierzyńskim urlopie potrafiła w ciągu dnia posprzątać dom, zrobić obiad, poprasować, zająć się dzieckiem, wyjść z nim na spacer, zrobić zakupy i inne Bóg wie jakie jeszcze różniste czynności wykonać? Gdy ja podczas 8 godzin sam na sam bałem się do toalety wyjść, o robieniu czegokolwiek już nie wspomnę. Ale to był pierwszy dzień. Minął miesiąc i z każdym kolejnym takim dniem powoli zaczynam się rozkręcać. Potrafię już nawet odkurzyć przy dziecku.

Szapo Ba!!

Niedawno usłyszałem w pracy, jak kolega zwraca się do matki wracającej do roboty po macierzyńskim takimi oto słowami: „No to co? Powrót do pracy? Koniec leżenia plackiem do góry i opieprzania się w domu? Koniec lenistwa?”. Nie podjąłem polemiki z osobnikiem. Bo i nie zwykłem dyskutować z osobami o inteligencji rozwielitki. Droga żono, drogie kobiety matki! Oto wszem i wobec ogłaszam, że za to co robicie na macierzyńskim należy się Wam ogromny szacunek! Bo być z dzieckiem przez cały czas to nie tylko zabawa i gaworzenie do bajtla. To ciężka praca od rana do nocy bez taryfy ulgowej. Nie ma przerwy na kawę, siusiu czy obiadek w każdym dowolnym momencie. Jest krzyczące dziecko (nie zawsze, ale jednak) i dom na waszej głowie. Nie wiem jak to mój Anusiak i wszystkie inne matki robią. Z diabłem konszachty macie i szatańskie w Was przez to zdolności siedzą. Jedno jest pewne: urlop macierzyński to ciężka praca na 3 etaty! I nazwa urlop pasuje do niego jak świni siodło.

P.S. Drogi Anusiaku! Ten tekst jest dla Ciebie

Rosja, Moskwa, szachy, miłość, świat

„Rocky” i „Top Gun”. Filmy o jakże różnej tematyce a takie podobne. Hollywodzkie dzieła, z których kiczowatość przelewa się jak woda przez wodospad Niagara. A jednak nie ma osoby, która oglądając je, nie czułaby przyspieszonego bicia serca i nie kochałaby tych filmów. Bo kto nie chciał kiedyś przeżyć historii podobnej do Rocky’ego i stanąć w ringu w walce o mistrzostwo świata z Apolloi Creedem? I zapewne niejeden marzył o tym, aby jak Maverick zasiąść za sterami myśliwca i stoczyć podniebną walkę z Icemanem. Dynamizm, wartka akcja, piękne kobiety i miłość. Wszystko co powinien mieć film, który sprawia, że adrenalina oglądającego podksakuje do granic możliwości. A teraz wyobraźcie sobie, że taki sam potencjał ma książka o grze w szachy. Że czytając rozgrywkę pomiędzy dwoma arcymistrzami serce bije wam z emocji a adrenalina sprawia, że nerwowo zaciskacie dłonie. Niemożliwe mówicie? No właśnie. Dlatego nie jesteście pisarzami. I nigdy nie będziecie. A Olgierd Świerzewski jest. I w swojej książce „Zapach miasta po burzy” pokazuje, że niemożliwe staje się możliwe. Nie wierzycie? No to patrzcie:

https://www.instagram.com/p/BCJgL2ktflQ/?taken-by=karkolomnyblog

„Romancew poświęcił swoją królową, żeby zatrzymać kroczącego pionka białych. Ale za moment jego pion dotarł do pola przemiany i niczym feniks z popiołów przywrócił życie królowej. I znów szala zwycięstwa przechyliła się lekko na stronę Romancewa, który zaszachował białego króla, jednocześnie strasząc przeciwnika doprowadzeniem drugiego pionka do pola przemiany. Antonow znalazł się w pułapce, był praktycznie zmuszony do powtarzania posunięć, co w sumie oznaczało porażkę w całym meczu. Skrzywił się. Nie było szans na nic więcej niż remis. Wykonał posunięcie niemal odruchowo. Wcisnął swój zegar i czekał. Romancew nie patrzył na szachownicę. Patrzył na niego. Ich oczy ponownie się spotkały. Oleg nie wiedział, co znaczy spojrzenie Romancewa. Nie widział w nim ani triumfu, ani nienawiści. W tym ułamku sekundy wytworzyła się między nimi dziwna więź. Spędzili ze sobą długie godziny, siedząc naprzeciw siebie, przewidując nawzajem swoje motywy, znając słabości i lęki, plany ataku i obrony, ale w tej chwili Antonow poczuł, że docierają do niego myśli dalekie od szachów. Połączyła ich również miłość do jednej kobiety. Wielka miłość. Oleg poczuł dreszcz. Rzucił okiem na zegar. Romancewowi pozostawały sekundy na wykonanie ruchu. Antonow popatrzył ponownie na przeciwnika, jakby napominając go, by wykonał ruch. Romancew siedział ze spokojną twarzą, spoglądając prosto w oczy Olega. Antonow zrozumiał.”

Prawda, że wciąga? Że palce lizać? A to tylko namiastka wszystkich meczów szachowych opisanych w książce. „Zapach miasta po burzy” łączy w sobie wszystko z „Rocky’ego” i „Top Gun”. Ale od tych filmów różni ją jedno – nie jest kiczowata. Jest to dzieło wybitne. Takie arcydzieło. Akcja skupia się głównie wokół Olega Antonowa – młodego, krnąbrnego szachisty z Moskwy. Postać niezwykle himeryczna i budząca w czytelniku skrajne emocje, a jednak nie dająca się nie lubić. Zachowaniem przypomina Rocky’ego i Mavericka. Drugim szachistą, który odgrywa dużą rolę w książce jest Anatolij Romancew – stonowany, wykształcony, z sukcesami na koncie, trochę bufonowaty. Może nie przypomina w zupełności Apollo Creeda czy Icemana, ale jednak jest przeciwnikiem Antonowa. A pomiędzy nimi piękna Tatiana. Zaznaczyć jednak trzeba, że postaci Antonowa i Romancewa jako żywo odzwierciedlają biografie odpowiednio Garriego Kasparowa i Anatolija Karpowa. Tak drodzy państwo. Podobieństwa widoczne gołym okiem: różnica wieku, podobna historia kariery szachowej i życia prywatnego. A gdy się doda, że autor Olgierd Świerzewski doradzał tym dwóm wielkim mistrzom świata, to książka jeszcze bardziej pobudza wyobraźnie. Bo może jednak historie meczy Antonowa i Romancewa i cała otoczka wokół odzwierciedlają to co wydarzyło się naprawdę pomiędzy Kasparowem i Karpowem? Możemy się domyślać.

Ale książka to nie tylko walka przy szachowym stoliku. Książka ma w sobie tą niepowtarzalną rosyjską duszę. W tle rozgrywek szachowych jest historia Rosjii i świata. Wydarzenia, pokazujące w jaki sposób Rosja stała się krajem takim jakim jest. Od wojny w Afganistanie, pierestrojkę, przez Pucz Janajewa i wojnę czeczeńską po mafijne porachunki i wszechwładzę oligarchów. Pokazuje co ukształtowało tą rosyjską melancholijną, ale jednak twardą jak czołg, duszę. Świerzewski przedstawia, że Rosjanie to nie tylko kacapy i zakłamani komuniści, ale bratnie słowiańskie dusze. Że jak kochają to całym sercem, jak oddają przyjaźń to całym sobą. I nie da się ich nie lubić. Aż sie chce z nimi przechylić kieliszek spirytu przegryzając słoniną i kiszonym ogórkiem. Bo czy nie da się nie kochać Rosji?

https://www.instagram.com/p/BCJg-fuNfml/?taken-by=karkolomnyblog

Mam tylko jeden żal do Olgierda Świerzewskiego: stworzył opasłe 700 stronicowe tomisko. Niewprawionego czytelnika odstraszy od razu. Jakby tak marketingowo zadziałać, to spokojnie książkę można było podzielić na 3 tomy i wydawać w rocznych odstępach. Bo było by to bardziej wciągające i przyciągające czytelnika. I mniej obciachowe. Jak wyciągałem „Zapach miasta po burzy” w pociągu w drodze do pracy ludzie patrzyli na mnie jak na Merlina czy Albusa Dumbledora. Wytrzeszczali oczy i szturchali się nawzajem łokciami wskazując na mnie poprzez kiwnięcie głową. Ich spojrzenie mówiło jedno – głupek. I nie wiem czy to efekt tego, że nigdy w życiu książki nie widzieli, czy tego, że teraz się wszystko czyta w telefonie czy na Kindle’u. A może jedno i drugie? No chyba, że naprawdę wyglądam jak głupek.

„Zapach miasta po burzy” nie pozwala się od siebie oderwać. Wsysa czytelnika w całości nie pozwalając odbierać bodźców z realnego świata. Po przeczytaniu człowiek chce wykonywać debiuty niczem Anatolij Romancew, albo jak Oleg Antonow otpierać ataki w wariancie Scheveningen. I chce być szachistą. Tak jak po obejrzeniu „Rocky’ego” chce być bokserem, a po „Top Gunie” być jak Maverick.

Deep Purple. Relacja z koncertu

Moja przygoda z Deep Purple zaczęła się w lutym 2000 roku. Będąc wówczas w 1 klasie liceum zaczynałem uczyć się dobrej muzyki. Powoli docierała do mnie świadomość, że nie zostanę miłośnikiem techno czy hip-hopu tylko pisany mi jest szeroko rozumiany rock’n’roll, hard rock czy metal. Znałem już kilka zespołów, ale słyszałem pojedyncze kawałki. Niestety internet nie panował wtedy w każdym zakątku wszechświata. Nie można było słuchać płyt na swoich smartfonach. Bo ich nie było. Płyty albo się miało, albo pożyczało od kumpli, albo nagrywało z radia. Pomagał w tym Program Trzeci Polskiego Radia. I było pięknie.

I tak pewnego lutowego popołudnia zobaczyłem w księgarni płytę Deep Purple „Made In Japan” za jedyne 8 zł. Biorąc pod uwagę to, że papierosy kosztowały wówczas 3,50 zł, a obecnie są 5 razy droższe, to cena porównywalna do dzisiejszej. Nie patrząc na nic kupiłem płytę. Podekscytowany dpobiegłem do domu i włożyłem do odtwarzacza. Dźwięki jakie zaczęły się sączyć z głośników zaparły mi dech w piersiach i sprawiły, że do końca zakochałem się w hard rocku. Płyta niemalże idealna. Rock’n’roll mną zawładnął.

Przez następne lata Deep Purple wielokrotnie przyjeżdżali do Polski, a mnie zawsze nie było po drodze z ich koncertami. Najbardziej przeżyłem rok 2004 i koncert w Szczecinie. Był to koniec czerwca i koniec pierwszego roku studiów. Jakżesz go nie uczcić ze znajomymi na stancji. Nie mogłem się wybrać przez to na koncert. Ale mieszkanie miałem tuż przy stadionie na ul. Litewskiej. I siedząc w oknie słuchałem jak powietrze wypełniają dźwięki Smoke On The Water.

I przyszedł rok 2015. Przyjeżdżają. I na urodziny dostaję bilet na Deep Purple. Jadę! Niestety nikt ze znajomych się nie wybierał i musiałem w wyborczą niedzielę 25 października w samotności siedzieć w aucie i oglądać mijane krajobrazy autostrady A2 w drodze do Łodzi. Dłużyło się strasznie.

Gdyby pod Atlas Areną w niedzielę po godz. 18:00 znalazła się osoba nie będąca miłośnikiem starego rocka, to pomyślałaby że w hali odbywa się geriat party, a co niektórzy zabrali wnuki, w razie gdyby zapomnieli drogi do domu. Średnia wieku 50+. Ale było coś magicznego wśród tej młodzieży z brzuszkami, przerzedzonymi włosami i pękami siwych włosów. Gdzieniegdzie przewijali się starzy rock’n’rollowi wyjadacze, którzy przez 70 lat swojego życia nigdy nie porzucili swoich ideałów i przekonań, a długie włosy ciągnęły się do pasa, zasłaniając napisy na wysłużonych ramoneskach, które niejeden koncert przeżyły. Brodaci starzy metale. Kwintesencja rock’n’rolla. A był tam cały kwiat młodzieży lat 70. XX wieku: emeryt w garniturze z krawatem w stylu „Dudusia” Fąferskiego, rencista z wnukiem-młodym miłośnikiem Iron Maiden, Pani w wieku 55 w różowej garsonce, czy Pani 60+ w srebrnych spodniach i wyglądzie a’la wczesna Ostrowska i wiele, wiele więcej zacnych osobistości. I bez względu na wygląd, status społeczny i pochodzenie wszyscy oni mieli w oku ten błysk młodości. Jakby znowu byli w latach 70. i przygotowywali się do matury.

Wśród nich biegała młodzież, która rzeczywiście w tym roku przygotowywała się do matury. I oni też byli podekscytowani, że w końcu zobaczą kogoś, kto wpłynął na to, że zapuścili długie włosy przykrywające im pryszczate twarze. Jakbym widział siebie w 2002 na Ozzfeście w Katowicach. Jezu jaki ja brzydki byłem.

Do hali wszedłem za wcześnie. Młodzież zbierała się niemrawo.

Punktualnie o 20:00 na scenę wskoczył Grzegorz Kupczyk z zespołem Ceti. Było dobrze. Nie będę się rozpisywał na ich temat, bo po prostu fanem nie jestem. Jedno jest pewne: była moc i żywioł. Na pewno skłonili mnie do tego żeby zapoznać się bliżej z ich dyskografią. Kupczyk dla niejednego obecnego w Atlas Arenie zrobił wielką niespodziankę. Z okazji 25 lecia zespołu Ceti zagrał Turbo…. I to jak zagrał. Wysoka półka – „Dorosłe Dzieci”. Niejednemu się łza w oku zakręciła. Bo to piosenka ponadczasowa. Sam przecież mając 19 lat wykrzykiwałem jej wersy razem z kolegami, nie wiedząc co począć ze swoją przyszłością po maturze. I jak to tak na żywo Kupczyk zawył, to aż ciary po plecach przeszły.

Ceti skończyło o 20:45. Naoliwili kopytka lekko zardzewiałej młodzieży przed głównym smaczkiem wieczoru. Po scenie krzątali się techniczni a na widowni wyczuwało się coraz większe poruszenie. Tętno dobijało do 180, co przy średniej wieku w Atlas Arenie było dosyć niebezpieczne. I nagle o 21:15 zgasło światło a halę wypełniły dźwięki utworu Gustava Holtsa „Mars, The Bringer Of War”. A zaraz po nim nastąpiła eksplozja dźwięku i światła w utworze „Après Vous” a na scenie stali oni. Roger Glover, Ian Paice, Ian Gillan, Don Airey i Steve Morse. Pokaźne stadko 70 – 60 letnich dinozaurów. I grali jakby na świecie nie istaniało nic innego tylko ich muzyka. Nie dało się od nich oczu oderwać. Wszystko współgrało idealnie. A oni poruszali się po scenie jakby nadal mieli po dwadzieścia kilka lat. I zrobili coś magicznego. Nagle oto na widowni nie było gromady emerytów i rencistów. Atlas Areną zawładnęło stado 18 latków. A oni grali. Przeszli płynnie do „Demon’s Eye” a następnie do „Hard Lovin’ Man”. Ian Gillan ograniczał rozmowy z publicznością pomiędzy utworami do minimum. Najważniejsza tego wieczoru była muzyka. Po „Strange Kind of Woman” przyszedł „Vincent Price”. W tym utworze Purple pokazali, że potrafią grać mocno i soczyście. Po tym  nastąpiło solo gitarowe Steve’a Morse’a i dalej jego popisy w „Uncommon Man” i „The Well-Dressed Guitar”. Wszysto było ładnie i pięknie, ale wśród widowni rosło napięcie. Bo w końcu na co się czeka na koncercie Deep Purple jak nie na „Smoke on the Water”. Ale panowie na scenie odsuwali ten utwór coraz dalej w czasie, skutecznie budując napięcie. Po „The Mule” nastąpiło solo Iana Paice’a na perkusji. I było w tym coś idealnego. Miękkość gry sprawiała wrażenie, że to takie proste. Perkusja była wyważona akustycznie po mistrzowsku. Dźwięki stopy idealnie przechodziły przez ciało wybijając rytm. A do tego gdy Ian Paice grał przy całkowitej ciemności ze świetlnymi pałeczkami, wyczuwało się coś magicznego. Jakby rysował światłem muzyczną pięciolinię.

Dalej nadszedł czas na zupełnie nowy nikomu nieznany utwór. Widać, że dinozaury szykują nową płytę. Następnie zagrali „Silver Tonque” i „Hell To Pay”, po którym Ian Gillan powiedział: „A teraz nadszedł czas”. I wszyscy myśleli, że to już, że to teraz właśnie w tej chwili z głośników poleci znany na całym świecie riff „Ta Ta Taaa, Ta Ta Taaa Daaa”. Ale nie. To Don Airey rozpoczął wariacje na klawiszach swoich instrumentów. I gdy tak wydobywał coraz bardziej płaczliwe dźwięki organów hammonda, pomyślałem „No tym solo to Ty mnie nie kupisz chłopie”. I nagle jakby usłyszał moje myśli i urwał, a spod jego palców zaczęły uciekać kolejne nuty utworów Chopina. Publicznośc oszalała. Myślę, że spokojnie 3/4 sali w tym momencie wydarłoby pierwszą nagrodę Konkursu Chopinowskiego Seong Jin-Cho i dało ją dla Dona Aireya. A jeszcze jak całość zwieńczył taktami zwrotki „Mazurka Dąbrowskiego” kupił widownię bez reszty. I mnie też. 

Następnie panowie uraczyli nas dźwiękami „The Battle Rages On” i „Space Truckin'”, po którym nagle tak bez ostrzeżenia i zapowiedzi Steve Morse wyrzucił na gitarze legendarny riff „Smoke on the Water”. Zupełnie jakby to był utwór jeden z wielu a nie ołtarz wyznawców hard rocka! Publiczność na ułamek sekundy oniemiała jakby uderzona obuchem, ale szybko się otrząsnęła i zawyła z zachwytu. Aż chciałoby się żeby ten utwór się nie kończył. Ale jednak. Skończyli i zeszli ze sceny. Wiadomym było, że jeszcze wrócą na bis, na którym zagrali „Hush”, po którym nastąpiło świetne solo basowe stojącego z boku Rogera Glovera, a na koniec poczęstowali nas legendarnym „Black Night”. I to już. Zeszli ze sceny. Zapaliło się światło. I trzeba było opuścić Atlas Arenę. W tłumie wychodzącym z hali nadal wyczuwało się młodzieńczą iskrę i zapał do działania. Deep Purple naładowało baterie swoim fanom do czasu następnego swojego koncertu. I kto wie czy na ten również się nie wybiorę.

P. S. Jako bloger muszę iść z duchem czasu i narzędzi dostępnych w social mediach. Relację prawie na żywo z wyprawy i z koncertu można było śledzić na Snapchacie. Nick: Karkolomny. Zapraszam 🙂

I Pan też zdanża

Zrobiła Kryśka przypał językowy a przenajświętsze internety rzuciły się na wpadkę posłanki jak hieny na padlinę. Bo przecież grzechem jest śmiertelnym nie po polskiemu się wyrażać, a już jak kto powie „wziąść” zamiast „wziąć”, to na pal go trzeba nadziać. W sumie nad Pawłowicz nikt by nie płakał. No, ale na przyjemności to sobie trzeba zasłużyć.

Spójrzmy jednak na sprawę obiektywnie. 90 procent społeczeństwa nie potrafi mówić w naszym dźwięcznym języku. Praktycznie każdy chce coś wziąść, każdy coś zrobił w dniu dzisiejszym, każdy zdanża na czas na autobus. Nie wspomnę już o podstawowych zasadach higieny jak „przyszłem, weszłem, pierdłem i wyszłem”. Na mnie, jak płachta na byka działa słowo „pizernia”. Żesz w mordę jeża! Czy to tak trudno powiedzieć „pizzeria”. 

W każdym bądź razie pragnę ogłosić wszem i wobec, iż odnośnie do wypowiedzi Kryśki, przekonywujący jest fakt, który ujmę w cudzysłowiu, mówiąc drugi raz pod rząd „wziąść”, że narazie wogóle się jej nie dziwie. Bo żądzić to trzeba umić. Nadmiar internetowej krytyki wydaje się być nader niesprawiedliwy. Dlatego, bo to przeca posłanka jest i takowej wolno więcej. Bo codzień ktoś pisze wielką literą „wziąść”. A, że akurat zdarzyło się to biednej Kryśce w dwutysięcznym piętnastym to wina 50 lat lewactwa. Dlatego Ci ludzie obrzucają biedną profesórkę błotem. Z resztą, wchodząc wgłąb jej wypowiedzi nie da się zawrócić spowrotem. I co ma  z tym zrobić Kryśka? Rzucić się z 10 – cio metrowego wieżowca? Zbyt to brutalne by było za popełnienie błędu wszechczasów. Przeca to jakby uciąć psu tylnią łapę. I poddać należy w wątpliwośc czy wypicie półtorej litra wódy zniweczyło by pustkę po tym nadwyraz głęboką. Więc czy trzeba poddać ją każe?

A teraz przyznać się, ile osób zrozumiało co jest nie tak z powyższym akapitem? Kto zauważył błędy, jakie i ile? Rękę daję sobie uciąć, że 20 procent społeczeństwa znajdzie może 10 procent błędów. 70 procent zobaczy jeden może dwa. I zapewne tylko promil zobaczy wszystkie błędy zawarte w powyższym akapicie. A ile ich było? Prościej byłoby odpowiedzieć ile ich nie było. Otóż cały akapit jest do dupy. Cały akapit stworzony jest na powszechnie używanych błędach w języku polskim. Błędach, które wniknęły do narodowego krwioobiegu jak wóda, która toczy społeczeństwo niczem choroba filipińska Olka Kwaśniewskiego.

Więc skąd ten internetowy ostracyzm nad biedną Pawłowicz, skoro już Mickiewicz pisał w Księdze Pierwszej „Pana Tadeusza”: „Zamku żaden wziąść nie chciał, bo w szlacheckim stanie”? Ano może stąd, że od posłanek i posłów wymaga się więcej. Bo przecież są przedstawicielami Narodu. Ale jaki Naród, taka władza. 90 procent społeczeństwa (plebsu czyli) daje się omamić bezsensownemu pierdoleniu polityków i głosuje na barana, który głośniej beczy, jest bardziej wyrazisty, więcej obiecuje i potrafi zgromadzić wokół siebie najwięcej owieczek. A jak wchodzisz między wrony musisz krakać jak ony. Więc Kryśka wypowiada się w sposób podobny do jej elektoratu.

I lud wybiera później takie Pawłowicz, takich Wiplerów, Pęków, Kwaśniewskich, Korwinów i innych. Czasu szkoda wymieniać. Bo lista byłaby długa gdybym chciał wymienić każdego, co się Polsce zasłużył. Bo nie ma nic śmieszniejszego niż nawalony jak Messerschmittt Wipler i jego balet z policjantami, czy Olek wsiadający do bagażnika samochodu. Astrahując – w każdym innym kraju poseł Wipler zostałby wyrzucony na zbity pysk z parlamentu i nie śmiałby nawet pisnąć. A u nas jeszcze oskarża takowy abstynent policjantów o nadużycia. A Kryśka może byłaby śmieszna, gdyby nie wizja jej niedługiego dojścia do władzy, wraz z wiadomą partią. I dlatego rozwodzić się o tym co myślę o jej inteligencji i zachowaniu nie będę, bo jeszcze gotowa pozbawić mnie pracy, a co gorsza zamknąć i ocenzurować blogaska karkołomnego. A do powiedzenia i napisania jeszcze trochę mam.

Wyjaśnić jeszcze muszę, dlaczego Mickiewicz napisał „wziąść”. Otóż Adaśko był romantykiem, który czerpał z wieśniactwa, plebsu i rynsztoka wszystko co się dało, opierając na tym swoją twórczość, jakże pięknej i trudnej epoki. Przyjąć należy więc, że wieśniactwem jest mówić „wziąść”. I nigdy nie była to poprawna forma. Weszła ona do mowy potocznej właśnie za sprawą twórców takich jak Mickiewicz, Krasiński Zygmunt, który pisał w poemacie „Fantazja życia”: „Po nich wziąść w zysku blask popularności”, czy Asnyk w utworze „Napad na Parnas”: „I doktryny sztandar nowy na tak śmieszny wziąść użytek”. A dlaczego nasi wielcy, polscy twórcy tak pisali? Ano dlatego żeby dotrzeć do całego Narodu, do plebsu, do każdego wieśniaka. Bo wieśniak nie zrozumiałby co to znaczy wziąć. I z takiego samego założenia posłanka Pawłowicz wychodzi. Mając Nas, drodzy Państwo, za idiotów i ciemną masę.

P. S. Przy tworzeniu owego bzdurnego i błędnie skonstruowanego akapitu opierałem się na artykule tygodnika „Polityka”, który można znaleźć pod tym adresem:
http://www.polityka.pl/galerie/1613269,1,30-bledow-jezykowych-ktore-popelniaja-nawet-najlepsi.read

Dodać pragnę, że świadom jestem własnej ułomności i popełniania błędów językowych i stylistycznych, za które z góry przepraszam.

Zigaretten nach Berlin

Szczecin nie leży nad morzem. To wiedzą prawie wszyscy. Jednak mimo to miasto Gryfa posiada wiele plusów. Jednym z największych jest bliskość Berlina i dobre połączenie kolejowe z nim. A stolica Niemiec kusi atrakcjami.

Tekst miał powstać prawie miesiąc temu. Bo wspólnie z Rysiami postanowiliśmy świętować rocznicę Powstania Warszawskiego w Berlinie. Jakoś do germańskiej stolicy było bliżej niż do Warszawy. Dlaczego najlepiej udać się do Berlina pociągiem? Ano dlatego, że bilet grupowy (5 – cio osobowy) kosztuje 30 Euro w obie strony. Dodatkowo można poruszać się po Berlinie wszelką komunikacją w cenie biletu. Tak więc w przypadku naszej czwórki (bajtli nie liczę) wyszło 30 zł za osobę w obie strony. Jak ktoś nie ma stada nie musi się martwić – po szczecińskim peronie chodzą ludziska i dopytują się czy ktoś nie chce do grupy pociągowej dołączyć.

Więc kupili my bilet i wsiedli do pociągu. Na wejściu okazało się, że więcej rodaków postanowiło pierwszego sierpnia zdobyć Berlin, przez co tłok w pociągu był niemiłosierny. Anusiak z Rysiową trzymając grzdyle na rękach dostały miejsca siedzące. Rysiu wbił się gdzieś pomiędzy rowerem, wózkiem a 3 walizkami jakichś ludziów. Ja zająłem miejsce najlepsze z możliwych w takiej sytuacji.

Można było nawet przysiąść i kontemplować mijany za szybą krajobraz lub po prostu rozwiązywać w pamięci teorię strun.

Po drodze jest przesiadka w Angermünde. Czas na wyjście z pociągu, przejście przez peron i oczekiwanie na drugi pociąg wynosi 10 minut. Słownie dziesięć. I mimo, że przyjechaliśmy o czasie, to miałem wrażenie, że rodacy pchają się do wyjścia jakby ten, kto wyjdzie ostatni, miał za karę sprzątać wszystkie berlińskie szalety. No pchali się przy wyjściu jak świnie do koryta. I biegło to bydło, jakby przejście 20 metrów miało zająć godzinę. „Fuck me” pomyślałem i na spokojnie z Rysiem poszliśmy tyłem, zastanawiając się nad głupotą tłumu w jego oślim pędzie. 

Dojechaliśmy do Berlina o czasie. Z niemiecką precyzją. Ruszyliśmy na Bundestag, a biały wózek wskazywał nam drogę.

 

Nie mieliśmy kompletnie planu wycieczki. Postanowiliśmy iśc na żywioł i dreptać przed siebie, robiąc po drodze zdjęcia berlińskich wspaniałości. Nie jestem jakoś przekonany do strzelania sobie selfie na każdym kroku. No ale cóż zrobić jak się prowadzi bloga. Przecież to niejako przymus blogosfery. Więc pod Bundestagiem trza było strzelić dziubka. Nie pykło. Tylko głowa rodziny wyszła fotogenicznie.

Jak się okazało po drodze, Anusiak i Rysiowa postanowiły odwiedzić w Berlinie Primark. Napaliły się jak Arab na kurs pilotażu. Co zrobić. Wzięliśmy to z Rysiem na klatę i szliśmy posłusznie w tyle. Na szczęście łajzy nasze w przypływie miłosierdzia pozwoliły nam napić się zimnego Becksa i przegryźć berlińskim bratwurstem w sosie curry. Biały wózek nas prowadził.

 

Przy wieży telewizyjnej wiedzieliśmy, że jesteśmy blisko damskiego celu rozkoszy. W trakcie przemierzania ulic niemieckiej stolicy zrozumieliśmy z Rysiem, że jednak ten wyjazd nie był taki przypadkowy. Że jednak nasze małe modliszki zaplanowały wyjazd w celach zakupowych. Bo przecież Primark jest taki fajny. W mordę! Co może być fajnego w sklepie, w którym można kupić to co w każdym innym? Nasze małe Adolfiny kazały nam jednak stulić dziób i wskazywały, że nie znamy się na niczym. Wbiegły do sklepu zostawiając nas z wózkami. Staliśmy. Czekaliśmy. Żar lał się z nieba. Na szczęście grzdyle poszły z nami na współprace i były nader spokojne. My staliśmy dalej. Anusiak i Rysiowa wykulały się z tego przytułka szatana po około dwóch godzinach. Z nosami zwieszonymi na kwintę. Okazało się, że jednak Primark trąci kupą i nic tam ciekawego nie ma. Ale coś tam jednak na poprawę humoru modliszki kupiły. I dostałem kapelusz od Anusiaka. Tylko, że na mój wielki łeb ciężko cokolwiek dopasować bez przymiarki. „Michu, największy rozmiar kupiłam!” – krzyknął triumfalnie Anusiak. Jak się okazało, mój garnek nie mieści się w europejskich normach wielkości.

No ale my tu gadu gadu, a głód zaczął Rysiowi i mnie zaglądać do oczu. A jak Berlin to tylko bratwurst albo kebap. Z pomocą przyszedł TripAdvisor. I znalazł Rysiu cel naszego głodu. Mustafas Gemüse Kebap. Znaleźlismy nasze White Castle. I ruszyliśmy w drogę. Rysiu włączył Hołowczyca i zaczęliśmy mozolnie dreptać do berlińskiej kebapowej mekki. A trasa okazała się nader długa. Po drodze musieliśmy zostawić kobiety i dzieci, bo przyszła pora karmienia. Grzdyle to jednak mają dobrze. My z Rysiem ruszyliśmy dalej. I gdy wydawało nam się, że cel jest już blisko, to komórkowa automapa przestawiała cel dojazdu podnosząc poziom irytacji. Po drodze mieliśmy niejedną chwilę zwątpienia. Że może jednak nie, że nie ma sensu, że nogi bolą, że przecież mijamy tyle tureckich bud i może weźmy coś na wynos a kobitom wmówimy, że to Mustafa. Ale jednak chęć zaznania tej kulinarnej rozkoszy wygrywała i trwaliśmy w drodze podnosząc się nawzajem na duchu. I gdy dotarliśmy do skrzyżowania i widzieliśmy mustafowy white castle musieliśmy się rozdzielić. Postanowiliśmy, że Rysiu pierwszy zdobędzie szczyt, a ja wróce po nasze białogłowy, które same zostały na ziemi wroga. I wróciłem. I zastałem. Bazyliszki gotowe zabić wzrokiem. A nie wiedziały jeszcze, że droga dłuższa i trudniejsza będzie od zdobycia K2. Ruszyłem przodem czując na plecach chłód ich spojrzeń i z pokorą słuchając wyrzutów, że ich Primark w porównaniu z naszym mustafowym wymysłem to pikuś. Że przecież one chcą do zoo albo gdzieś indziej (nie wiem, nie słuchałem, jak prawdziwy facet w takich momentach zamknąłem się w swoim pudełku nicości). I nawet zero było wdzięczności, że przeprowadziłem je cało przez berlińskie ulice i doprowadziłem do celu. Bo Mustafa to nie jest taki zwykły kebap gdzie przychodzisz, bierzesz i wychodzisz. Na Mustafę trzeba poczekać. Do Mustafy trzeba dojrzeć. Trzeba docenić jego kunszt. Bo kolejka do Mustafy to jakieś 2 godziny czekania. Bo Mustafa to sprawdzian charakteru. Człowiek musi wygrać ze swoimi słabościami i wątpliwościami. A tych w czasie dwugodzinnego stania w kolejce jest niemiłosiernie dużo. Bo przecież naokoło jest wiele pokus. Człowiek nie raz pomyśli w kolejce, że może jednak wyjść z niej i zajrzeć do pobliskiej pizzerii, w której włoski placek dostaje się po 5 minutach. I walczy człowiek z głodemi i ćwiczy silną wolę. Ale zapamiętajcie sobie jedno: gra jest warta świeczki. Nagroda na końcu łańcucha pokarmowego jest iście wyśmienita. Bo człowiek nie dostaje tylko bułki z mięsem i warzywami. Dostaje starannie dopieszczony produkt. Wtapiając zęby w chrupiącą bułkę, soczyste mięso i kruche warzywa człowiek przenosi się na głośne ulice Stambułu. I nawet Rysiowa z Anusiakiem nam wybaczyły gdy zaznały smaku znad cieśniny Bosfor. I nawet długi powrót do dworca piechotą nie był już straszny.

I na koniec dnia wyszło nam nawet berlińskie selfie. A w pociągu powrotnym wyszystkie dzieciaki spały: Ola, Olek, Rysiu i Karkołomny ja. I tylko Rysiowa z Anusiakiem czuwały nad całością swojej gromady. Bo mamuśki to jednak silne łajzy są.

Ale postanowiliśmy, że wycieczek do Berlina będzie więcej. Bo połowa dnia minęła na poszukiwaniu Mustafy.

Do Ciebie Narodzie

„Ja, obywatel Rzeczypospolitej Polskiej, świadom podejmowanych obowiązków policjanta, ślubuję: służyć wiernie Narodowi, chronić ustanowiony Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej porządek prawny, strzec bezpieczeństwa Państwa i jego obywateli, nawet z narażeniem życia.”

Te słowa ślubowania wypowiada każdy policjant wstępujący do służby. Żółtodziób nie jest świadom znaczenia tych słów. Ich wartość poznaje powoli, w miarę zdobywania doświadczenia w policyjnej robocie i codziennego użerania z obywatelem, któremu służy. Bo Naród sra na policjanta, który dba o jego życie, zdrowie i bezpieczeństwo. Dla Narodu jesteśmy nikomu niepotrzebną formacją, której nigdy nie ma tam gdzie jest potrzebna, zawsze się spóźnia, nic nie potrafi i czepia się porządnego obywatela, który przecież płaci podatki i może wszystko.

W Szczecinie zginął policjant. Jechał na rozbój. W trakcie dojazdu jego motocykl został zahaczony przez kierującego samochodem, który myślał, że zdąży wykonać manewr skrętu w lewo, mimo że widział w lusterku jadący pojazd uprzywilejowany. Niestety. Policjant zginął. Zostawił żonę i dwójkę dzieci. Miał 28 lat.

Naród nawet nie zauważył tej straty. Naród nie potrafi docenić tego, że policjant oddał życie chcąc uratować inne. Służąc wiernie społeczeństwu. Bo Naród nie ma świadomości, że każdego dnia wychodząc na ulicę, my policjanci nie wiemy czy wrócimy do domu. Bo może się wydarzyć wszystko.

Zacne społeczeństwo widzi to, co chce widzieć. Dla kochanego rodaka jeździmy tylko ulicami w radiowozach, dłubiemy w nosie i pijemy kawę na stacjach benzynowych. Boimy się wejść do bramy, w której stoją więcej niż 3 osoby. Boimy się podejśc do miłosiernego kibola. Czepiamy się porządnych obywateli pijących piwko pod oknem sąsiada. Maltretujemy kierowców, którzy przecież śpieszą się do pracy.

GÓWNO PRAWDA!

Czy ktoś z Was, kochany Narodzie, stanął kiedyś twarzą w twarz ze śmiercią? Czy ktoś z Was, kochany Narodzie, musiał podjąć dezycję w ciągu kilku sekund, a zły wybór mógł kosztować czyjeś zycie? Nie wydaje mnie się! W milicyjnej robocie bywają sytuacje, kiedy podczas podjętej wobec grupy 6 osób interwencji, atmosfera robi się gorąca jak podczas nalotów dywanowych na Drezno. Bo przecież w naszym pięknym kraju każdy szczur może napluć na mundur.

Naród ma w dupie funkcjonariusza. Naród nigdy nie widzi pozytywów pracy policjanta. Naród nie widzi, że policjant używa środków przymusu bezpośredniego żeby zatrzymać przestępcę. Naród widzi bicie niewinnego człowieka. Dla Ciebie rodaku, policjant jest złem koniecznym, który wyżywa się na Bogu ducha winnym obywatelu. Bo Ty mądry człowiecze znasz wszystkie ustawy i rozporządzenia, dzięki czemu wiesz, że policjant nic nie może. Broń Boże złapać, chwycić, wykręcić, użyć gazu, założyć kajdanki. Ty, wszechwiedzący obywatelu nawet nie wiesz co to jest ŚPB , a już tym bardziej nie wiesz jakie daje policjantom uprawnienia. Dla Ciebie policjant to ZOMO, UB, SB, Gestapo, SS i Stasi razem wzięte.

Niestety w świadomości Narodu wciąż pokutuje okres 50 lat PRL-u, wszechwładzy ZOMO, MO i SB. Gdy przyszły zmiany roku pańskiego ’89 ekipa, która rozpoczęła swe rządy uznała, że trzeba zabrać plugawemu milicyjnemu ścierwu jak najwięcej. Bo w końcu wyszli z podziemia i mogli pokazać katom gdzie ich miejsce. I zabrały policji rządzące ofiary co się dało i były szczęśliwe. A w społeczeństwie rosło przekonanie, że przecież teraz policjant jest gównem i nie ma żadnych uprawnień. I przez to Naród nigdy nie będzie w stanie zrozumieć poświęcenia służby policyjnej.

Gdy kryminalny policjant spędza w pracy kilkanaście godzin dziennie, nie mając czasu na rodzinę, Naród widzi tylko, że siedzi w biurze i pierdzi w stołek. Bo dla Narodu w jego robolskim mniemaniu, policjant jest pierdolonym nierobem. Naród nie widzi ile razy policjant nie wróci na kolację do domu, bo służy mu wiernie. Gdy Naród wpierdala wigilijnego śledzia, policjant zostawia rodzinę i rusza służyć. I zamiast samemu jeść karpia w galarecie, musi rozwiązywać problemy rodzin, których członkowie w przypływie miłosierdzia obrzucają się stekiem świątecznych wyzwisk. Gdy Naród trwa w Sylwestrowym uścisku, pies jeździ od interwencji do interwencji, bo pijany Naród przykłada sobie grupowo do twarzy pięści. Tak Narodzie! Zastanów się nad tym gdy usłyszysz, że zginął policjant. Zastanów się nad przyczyną używania przez policjanta ŚPB zanim krzykniesz: „Ten w mundurze to drań!”

Bo karkołomnie jest być policjantem.

Samotna śmierć wolności

Wyobraź sobie, że masz 18 lat. Nigdy tak naprawdę nie zaznałeś smaku wolności. Nie dane było Ci przeżyć beztroskich lat gimnazjum i szkoły średniej. Marzysz o tym, aby móc swobodnie przechadzać się po swoim mieście, zabrać swoją ukochaną na spacer bez zastanawiania się czy za rogiem nie będzie czekać łapanka, czy sprawdzać zegarek, bo nadchodzi godzina policyjna. Nie chodzisz do kina, bo tylko świnie siedzą w kinie. Twoje całe młodzieńcze buńczuczne życie to ciągła walka o wolność. I konspiracja.

Nie ma facebooka, tableta, smartfona, snapchata, instagrama i twittera. Nie możesz walnąć samojebki z rana i wrzucić na ścianę fiutbooka, nie możesz poinformować świata o nadchodzącym piąteczku ani pożalić się na zasrany poniedziałek. Ale co gorsza: nie możesz zrobić zdjęcia swojego koryta i pochwalić się przed światem jakim to jesteś cool osobnikiem żrąc wegańską trawę.

Twoje życie to ciągłe marzenie o wolności. Bo nie wiesz nawet jak to jest wyjść na ulicę bez strachu o własne życie. Ciągle musisz być o 2 kroki do przodu, ciągle oglądać się za siebie, bo chcesz żyć. Nie chcesz zostać złapany i wywieziony do obozu. Naokoło Ciebie wszędzie czai się śmierć.

I nagle przychodzi decyzja, jest rozkaz walki. O wolność i niepodległość. O przyszłość. Jest tylko jeden warunek. Porzucisz swoje życie. Swoje ciało. Droga do wolności będzie wiodła przez śmierć. Czy jesteś w stanie stanąć do walki, mając świadomość, że wróg mimo swych słabnących sił, nadal jest po tysiąckroć silniejszy od Ciebie? Oto bezduszny serca egzamin. Czy wygra Twoja egoistyczna natura, czy jednak miłość do wolności zagłuszy strach przed śmiercią. Czy jesteś w stanie przekroczyć granicę ludzkich doświadczeń? Wyzbyć się wszystkiego za cenę wolnośći? Ale nie Twojej wolności. Bo Ty osiągniesz ją oddając się w zimne ręce kostuchy. Umrzesz jeszcze za życia. Znajdziesz się w piekle, z którego nigdy nie będziesz w stanie się wydostać. Nawet jeśli przeżyjesz. Śmierć będzie Ci siostrą, piekło Twym bratem. Do końca życia będziesz pamiętał zachody sierpniowej pożogi. Twoje uszy nigdy nie zapomną wrzasku umierających i przeciągłego wycia „krowy”. Twoje oczy zawsze już będą widzieć umarłych. Ciemność będzie kojarzyła się z horrorem kanałów. I nigdy nie zapomnisz smrodu rozkładających się ciał. Czułeś kiedyś chociaż raz, jaki smród wydziela jedno rozkładające sie ciało? A widziałeś jak larwy pożerają twarz zmarłego, który rozkłada sie przy 30 stopniowym upale? To pomyśl, że w każdym zakątku Twojej walki, Twojej barykady, leży trup, gdzie się nie obejrzysz widzisz śmierć.

Walczysz w smrodzie, głodzie, brudzie i niewyobrażalnym ukropie. Znikąd nie widzisz pomocy. Gdy rozpocząłeś walkę poczułeś smak wolności. Słodycz i dumę zwycięzcy. Jednak to szybko minęło. Stałeś się zwykłym szczurem chodzącym po kanałach. Twoja wolność umarła w samotności. Tak naprawdę nigdy nie poznałeś wolności, nigdy jej nie zrozumiałeś i nie dane Ci było ją pokochać. Wiesz, że walka jest przegrana. Ale walczysz i nie poddajesz się. Bo Bóg, honor, Ojczyzna. Wiesz co to jest honor? To nie jest nowa appka na smartfona. To stan ducha, dzięki któremu stoisz wyprostowany pośród tych co na kolanach. Ale walczysz, bo wierzysz, że Ojczyzna w przyszłości będzie z Ciebie dumna. Że śmierć Twoja da wolność następnym pokoleniom.

Czy zastanawiałeś się jak zachowałbyś się w obliczu śmiertelnej walki o wolność? I nie pieprz farmazonów, że dla ojczyzny zrobiłbyś wszystko. Nie wiesz co byś zrobił gdybyś stanął przed wyborem życia lub śmierci. Panowie i Panie w ’44 też nie wiedzieli. Srali w gacie ze strachu, ale walczyli. Bo pragnęli wolności. Bali się śmierci, ale mimo wszystko ją oswoili. Zaprzyjaźnili się z nią. Bo nie ma nic piękniejszego niż oddać życie za ojczyznę. Żebyś Ty teraz mógł chodzić w wolnej Polsce i pierdolić, że żyjesz w nienormalnym kraju. Że wszystko tu jest złe i niedobre, a najpiękniej to jakby bomba atomowa spadła na ten kraj i pochłonęła wszystko, bo tu przecież nie ma przyszłości.