Karkołomny

Kategoria: Blog

Zastaw się, a postaw się!

Nadejszła wiekopomna chwila. Karkołomny się ożenił. Z nieopierzonego pisklęcia i Piotrusia Pana wyrosła głowa rodziny. Nadszedł dzień sądu ostatecznego a z nią wszelkie uciechy kawalerskiego życia zatonęły niczem Titanic. Już to człowiek nie uchleje się z kolegami bezkarnie i nie będzie się szlajał nocami po mieście w wyprawie po złote runo. No ale nie będę tu szerzył męskiego, szowinistycznego defetyzmu i ubolewał jaka to żeniaczka jest zła i niedobra. Wierzę w światełko, które rozprasza mrok i wiem, że tylko na dobre mi to wyjdzie. Bo takiego Anusiaka to tylko ze świecą szukać, co to w myśl słów „Do serca przytul psa” wzięła mnie kulawego, przygarnęła, umyła, wykąpała i dała jeść. I pozwoliła zostać. AVE!

Jeszcze rok temu marzyliśmy z Anusiakiem co by pojechać do Toskani i wziąć cichy ślub w małym kościele. Tylko z rodzicami i świadkami. Bez szumu, blichtru, żenujących zabaw weselnych, zdjęć, wystąpień i całego tego gówna związanego z wielkim weselem. Bo dla mnie wesele to przeżytek. Rok przygotowań żeby gromada ludzi nażarła się, napiła, a na koniec i tak marudziła, że jedzenie niedobre, że rosół na kostce, że mało przystawek, że zespół smęcił, że za długie przerwy robił, a zabaw nie było i w ogóle było drętwo. A żegnając się powiedzą Ci, że dawno się tak pysznie nie bawili i było cudownie, jedzenie och ach, a zespół to skąd wy taki zacny wzięliście. A Tobie człowieku zostanie ból głowy. I 50 tysięcy złotych polskich jak psu w dupę. No bo szalonym trzeba być, żeby majątki na wesela wydawać. Musiałbym na głowę upaść żeby wyrzucić taką kasę na wódę i żarcie. Staropolskie obyczaje. Zastaw się, a postaw się. Jak ktoś ma pieniądze, to proszę bardzo. Rób, szalej, baw się i spraszaj pół gminy i 1/4 powiatu. Bo mitem jest myślenie, że wesele się zwróci. Nigdy się nie zwróci.

Kiedyś kochałem wesela. Rzec by można, że byłem niekoronowanym królem zabaw weselnych. Byłem jako ten Jan Niezbędny, co to najsmutniejsze wesele rozręci. Na niejednej zabawie byłem, niejeden rosół zjadłem, niejedną pierś z kurczaka chwyciłem. Przyświecała mi maksyma „Pić, palić, dziewki hańbić”. Szlajałem się jak ta łajza od wesela do wesela. Ale pojawił się Anusiak, pogroził palcem i rzekł :”Albo ja, albo wesela”. Spytać nie śmiałem „A ile tych wesel by miało być”. Pokornie przystałem na warunki kohabitacji (nie mylić z kapitulacją) i zacząłem wieść żywot racjonalnego inteligenta wymieszanego z nutą dekadencji, szczyptą szaleństwa, garścią fantazji, esencją niewybrednego humoru, wstrząśniętego z nieskończoną miłością. Do Anusiaka. Dni stały się długie a życie wesołe. Obok przestały biegać panny gołe. Anusiak co rano z buziakiem mnie budzi i mówi: „Łajzuto, wyszedłeś na ludzi”.

Jak człowiek zaczyna racjonalnie myśleć i staje się głową rodziny, to zaczyna się zastanawiać po co komu wesele. Gdy ma się już dom i rodzinę, człowiek głupcem musi być żeby wydawać kosmiczne sumy na 2 dni bachanaliów na 100 ludzi, z których połowa na imprezie nieznana a 1/4 niechciana. Ważniejszym jest, co by sakramenty poczynić i niegrzesząc rodzinę powiększać pod pierzyną. Istotny dla człowieka staje się sam ślub. Wesele schodzi na drugi plan. Staje się jakąś nikomu niepotrzebną błahostką. Bo mając rodzinę człowiek zastanawia się, czy przepuścić pieniądze na głupotę, czy zainwestować w nieruchomość. Skąpcem jestem i wybieram to drugie. Rodzice oczywiście mogą pomóc, ale nierozpieszczonym będąc (jak i Anusiak) uważam, że pieniądze mogą wydać na inne przyjemności, niż na spraszanie miliona gości i pokazywanie, że są dobrymi rodzicami. Bo są i bez tego.

Marzenia o toskańskim ślubie skutecznie zmienił nam najmłodszy członek rodziny. Oleństwo. Przyszła i zarządziła. Trudno, co zrobić. Trzeba było znaleźć z Anusiakiem jakiś zamiennik. Długo nie myśleliśmy. Półtora miesiąca temu postanowiliśmy co by chrzciny grzdyla połączyć ze ślubem. Ale wpadliśmy na genialny pomysł: nikt nie dowie się o ślubie. Tylko świadkowie. Gości zaprosiliśmy na chrzciny. W ciągu miesiąca udało nam się wszystko pozałatwiać. Gdy zagrali marsza weselnego konsternacja i osłupienie zapanowały w ławach, a przez kościół przebiegł pomruk zdziwienia. Ale nic to. Wszyscy się cieszyli. Później był obiad. W stargardzkiej restauracji Toskania….Rybka i mięsiwo petarda, a tatar taki, że lepszy niż szynka. Miał być mały ślub w Toskanii i był mały ślub w Toskanii.  Była wódka a grał nam Spotify wespół z Youtubem. Było pysznie. Anusiak był zadowolony. Rodzice byli zadowoleni. Ja byłem szczęśliwy. Oleństwo jako królowa wieczoru chodziła jak te cygańskie dziecko z rąk jednej ciotki do drugiej. I tylko później zgrzytnęło. Bo o fakcie poinformowaliśmy świat przez facebookowe medium. Jedni gratulowali, inni się obrażali. Zrozumiałem wówczas powagę sytuacji. Przecież dla niektórych ślub to i wesele więc potwarzą było wielką nie zaprosić niektórych znanych osób. Ale przecież wesela nie było… I nikt o ślubie nie wiedział. Cóż zrobić gdy niektórzy potępiają to, czego nie rozumieją?

Zostawcie Titanica

I znowu Polsat podaje nam Titanica. Anusiak, wespół z grzdylem wtulonym w cyca, ogląda jak tona żelastwa nieuchronnie płynie ku katastrofie. Z takim samym zapartym tchem jak podczas pierwszego seansu. I ciągle z nadzieją, że jednak Jack wypłynie i wspólnie z Rose będą mieli gromadkę biegających bajtli.

Zwolenników Titanica jest tyle samo co przeciwników. Albo i więcej. Jednych albo drugich. Wojna między niemi toczy się odkąd pierwsze dźwięki czołówki wybrzmiały na jego premierze. To jak walka zwolenników PO i PiS – każdy ma swoją rację a jego racja jest najmojsza i bardziej Polska od wszystkich Polaków i świętsza od papieża. Przeciwników Titanica nigdy nie zrozumiem, bo sam jestem jego zagorzałym fanem od samego początku i do samego końca. I dumny jestem, że żyć mogłem w czasach gdy film ten leciał w kinach. Byłem na nim chyba ze 3 razy. Pierwszy raz dlatego bo jak 14 latek mógłby przepuścić premierę tak zacnego filmu. Drugi raz w nadziei, że jednak Jack wypłynie. Trzeci raz, żeby upewnić się w przekonaniu, że jednak nie wypłynął.

Ale co to jest za film moi mili! Nie da się go oglądać i nie czuć w piersiach jak Ci dech zapiera przepych, wielkość i bezkres oceanu. Wszystko w tym filmie jest takie wielkie i pierwsze. Pierwszy raz takie efekty. I mimo, że niedoskonałe to jakże wspaniałe. Któż z nas nie zastanawiał się ile czasu musieli poświecić graficy na stworzenie tylu szczegółów? No dobra niewielu, bo nawet ja się nad tym nie zastanawiałem. Pierwszy raz tak wiernie odwzorowana katastrofa. Pierwszy raz taka orkiestra na statku. Pierwszy raz takie delfiny. I pierwszy raz taka lodowata woda, bo i podczas seansu aż para z ust leciała. Chociaż to chyba wysiadło wtedy ogrzewanie w kinie w Lidzbarku Warmińskim.

Jednak mnie bardziej interesowało to w czym tkwi sekret DiCaprio. Nie to żebym go nie lubił, bo do jego gry w wielu filmach nie ma się co przyczepić, mimo że niektórzy twierdzą, że skończył się na „Co gryzie Gilberta Grape’a”. Człowiek Ci to całkiem zwyczajny, tyle tylko, że w filmach gra. Też mi coś. Jednak coś być musiało na rzeczy, skoro po premierze Titanica wszystkie laski w wieku od 15 do 115 lat gremialnie twierdziły, że poszły by z nim do wyra. Damn! Te młodsze twierdząc, że chciałyby żeby był ich pierwszym. Te starsze twierdząc, że w końcu poczułyby prawdziwego mężczyznę po raz pierwszy. A te najstarsze, że przypomniałyby sobie jak to jest po raz pierwszy. W mordę! Przeca to był młyn na wodę, albo na odwrót, dla takiego 14 latka. No bo jaki mężczyzna w momencie dorastania nie myśli ciągle o cyckach? Niech pierwszy rzuci kamień. I tak chodziłem i oglądałem tego Titanica i inne filmy z Leonardo i odpowiedzi na to sakramentalne pytanie „Jak zdobyć rząd kobiecych dusz” nigdy nie znalazłem. A przecież wcale wyglądem i urodą od niego nie odbiegam. No może jestem trochę zacniejszy. Nawet grzywkę swego czasu miałem taką samą. Tylko czoło większe. A mimo to dzierlatki do mnie tak nie wzdychały jak na widok Leonardo. Nie wiedzieć czemu. A ja nawet siedziałem i uczyłem się zagrywek z piosenki Celiny o musztardowym nazwisku Dijon. Bo jak tylko jakaś laska słyszała ten kawałek w radiu, to od razu wzrok jej się robił taki maślany i rozmarzony. Uznałem więc, że jak się nauczę go grać na gitarze to i będą na mnie tak patrzyć maślanie. Jednak coś nie poszło mimo wielogodzinnych ćwiczeń. Jak tylko począłem snuć pierwsze nuty w jakimś babskim gronie, zostałem skrzyczany, żebym nie bezcześcił świętości. Po tym zarzuciłem marzenia o zdobyciu własnego haremu. Poza tym Leonardo się skończył, a ja zostałem.

Dodatkowym atutem tego filmu jest cycek Kate Winslet. Ujrzany po raz pierwszy na filmie wywołał zawstydzenie u niejednego 14 latka. Bo przyznać muszę, że po tym jak się upewniłem, że Jack jednak nie wypłynie, to trza było jeszcze pójść do kina co by obejrzeć scenę z malowidłami i na samochodowym parkingu. No bo przykro mi moi młodsi czytelnicy, takie to były czasy, że nie było youtube’a, nie było torrentów, nie było wypożyczalni VOD, nie było możliwości ściągnięcia filmu zaraz po jego premierze. Jak film był dobry to trza było iść do kina. A nie jak teraz leniowate, garbate małolaty siedzące przed kompem w wykrzywionej pozycji i ściągające filmy na potęgę. Kiedyś były wypożyczalnie VHS i trzeba było przewinąć film żeby go ponownie obejrzeć. A cycek Kate Winslet to świętość! Mimo, że widziany tylko na rysunku. Ale przynajmniej skłonił mnie do tego żeby ukończyć eksternistyczny kurs rysowania. Ale zamierzonego efektu nie osiągnąłem i żadna dzierlatka nie chciała mnie się dać narysować. Nie wiedzieć czemu.

Titanic rządził 18 lat temu. Jak tu nie kochać tego filmu! Tyle z nim zacnych wspomnień. I nie wiem czemu nadal jest wstyd mówić, że się lubi Titanica. Ludzie wolą powiedzieć że to szmira, gniot i bajka niż przyznać, że jak mieli 14 lat to serce im w gardle stawało na widok tonącego Jacka. I każdy miał pretensje do Rose, że go odczepiła i pozwoliła utonąć!

comics-whompcomic-titanic-movie-574212

Teraz wymienia się sztafeta pokoleń. Mój bajtel wysysa z mlekiem matki miłość do Titanica. I zapoznaje się po raz pierwszy z dźwiękami tego filmu już w 10 tygodniu swojego życia. I dumny z tego jestem. Jeno jak przyjdzie mi kiedyś do domu i powie, że chciałaby po raz pierwszy z Leonardo, to wydam nakaz eksmisji.

P.S. A jakby tak kiedyś James Cameron zrobił film o katastrofie smoleńskiej w stylu Titanica?
Na pohybel!

Gadaj z ludźmi jełopie!

Tekst ten miałem zamiar zamieścić kilka dni wcześniej. Ale nadmiar obowiązków służbowych oraz mój 6 tygodniowy bajtel skutecznie zabierały mi czas i siłę na pisanie czegokolwiek. Przy okazji zaczynam podziwiać blogerki parentingowe, mimo wcześniejszego niezbyt pochlebnego wpisu o matkach blogerkach. Zastanawiam się skąd one biorą siły, czas i skupienie myśli na pisanie, robienie zdjęć i tworzenie bloga? Mój 6 tygodniowy dżigersiu swoim krzykiem skutecznie robi mi galaretę z mózgu i sprawia, że nie jestem w stanie na niczym skupić myśli. Krążę jak we mgle i pamięć mi zawodzi. Czasami mam wrażenie, że większą przyjemność czerpałbym z podłączonego akumulatora na jajach lub walenia głową w mur niż krzyku mojego małego szczęścia. Te żywe 60 centymetrów tak skutecznie terroryzuje cały dom, że nawet pies ma depresję i boi się wyjść z kojca, gdy tylko Olka tylko zaczyna swój koncert. Jest to krzyk spowodowany brakiem, czy też oderwaniem od pokarmu. Więc jak te matki blogerki piszą tego bloga z dzieckiem przy cycach to ja nie wiem. Ale o tym to ja może napiszę obszerniej za niedługo, jak uporządkuje wszystkie ciemne strony posiadania bajtla.

Ludzie mówią, że w Warszawie gdzie nie rzucisz kamieniem to trafisz jakiegoś celebrytę, gwiazdę disco polo, rolnika z telewizji czy znanego blogera. Moja ścieżka kariery tak się ułożyła, że sierpień i wrzesień 2010 roku spędziłem w stolycy. Widziałem tam kilka znanych osób. Chociaż kamieniem nie rzucałem, to miałem wrażenie, że dostały jakimś obuchem, bo szły niekoniecznie prosto o 3 w nocy przez Nowy Świat. Bezlitośnie upalny sierpień roku pańskiego 2010 minął mi pod krzyżem przed pałacem prezydenckim. Nie walczyłem o niego. Wykonywałem swoje służbowe obowiązki siedząc w kazamatach pałacu i czekając na swoją kolej bezsensownej warty pod krzyżem, co by go ktoś nie ukradł. Zazwyczaj te 4 godziny stania pod nim mijały mi na słuchaniu od przemiłych starszych pań, że jestem gestapowcem, zomowcem, ubekiem, żydem i masonem. W przerwach tych komplementów zazwyczaj starsze panie leciały z różańcem. Jak tak człowiek stoi i przez 3 godziny (bo co jakiś czas superlatywy) słucha monotonii zdrowasiek, to nawet po zakończonej służbie, gdy siądzie sobie na kiblu to w głowie mu się odbija ten as-salaamu l-malaa’ikii (czyli, że zdrowaś itd.). Wrzesień był trochę zimniejszy i spokojniejszy, bo i krzyż ukradkiem zabrali pewnego poranka. I tak pozostały nam tylko patrole piesze uliczkami warszawskich dzielnic.

Pewnej wrześniowej soboty o poranku kroczyłem wraz z moim patrolowym kolegą przez warszawskie osiedle. Jaka to była dzielnica – zabij mnie nie powiem. Słów tu muszę kilka o koledze z patrolu. Ludzie często myślą, że policjant ma swojego stałego partnera, którego zna jak własne gacie i że w ogień za nim skoczy. To mit. Bardzo wielki mit. Moim współpatrolowcem był wtedy człowiek o wyglądzie pingwina z filmu Powrót Batmana – postaci granej przez Danny’ego DeVito.

Macie czasami takie uczucie, że jakaś osoba jest tak brzydka, albo cokolwiek innego, że nie jesteście w stanie na nią patrzeć? Ja tak miałem przez 8 godzin tamtego dnia. I przez następne 7 dni. I na pewno w ogień bym za nim nie skoczył. Ale do tematu. Kroczyliśmy tak sennym krokiem przez pasaż sklepowy wśród warszawskiego blokowiska i rozmawialiśmy o niczym. Nawet go nie słuchałem tylko myślałem o tym czy wieczorem napić się czystej i popić ją browarem (zapewne tak zrobiłem, bo byłem wtedy na etapie jedzenia drutu kolczastego). Gdy przechodziliśmy obok księgarni uchyliły się drzwi i wyskoczył z niej dziarski staruszek. Potrącając mojego współpatrolowca rzucił szybkie „Przepraszam” zniknął pomiędzy blokami. Stanąłem jak wryty. Wywiązał się pomiędzy mną a moim kolegą z patrolu chyba jedyny wówczas świadomy dialog:

– W mordę dziad nie patrzy jak lezie – rzekł mój kolega.
– Ty wiesz kto to był baranie? – zapytałem. I ten jedyny raz zatrzymałem wzrok na pingwinie na jakieś nieprzerwane 15 sekund.
– Nie wiem, jakiś dziad. Jakbym się uparł to bym mu naruszenie zrobił, bo mnie pchnął wyłażąc.
– Człowieku co Ty gadasz? To był Władysław Bartoszewski! Mówi Ci to coś?
– Nic – odpowiedział pingwin, mając wyraz twarzy nie skażony żadną myślą.
Poczułem się w obowiązku wytłumaczenie ptakowatemu, że Pan Władysław to i w Auschwitz był jako więzień, że w Powstaniu Warszawskim był, że ministrem spraw zagranicznych był i że profesorem i autorytetem jest. Po wyrazie twarzy pingwina doszedłem do wniosku, że większe wrażenie zrobiłby na nim widok kulek Newtona. Zaprzestałem tłumaczeń i pogrążyłem się w myślach jak bym się zachował, co bym powiedział, jak zagaił rozmowę i o co zapytał gdyby to mnie potrącił Pan Władysław. Jednak uznałem, że nie ma co o tym myśleć, że drugiej takiej szansy nie będzie i dalej rozmyślałem o wieczornych swawolach.

Pod koniec września siedziałem, wraz z kilkoma innymi kompaniami zabezpieczenia, w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Zabezpieczaliśmy demonstrację policjantów. No i innych służb mundurowych. Jak jest demonstracja to wiadomo, że o pieniądze. Jak o pieniądze, to się wszyscy boją, że będzie jak z górnikami i będą fajerwerki. Jak będą fajerwerki to musi być zabezpieczenie. Tylko nikt nie pomyślał, że policjanci, strażacy, funkcjonariusze służby więziennej jak robią protest to nie będą robić dymów, bo strata pracy murowana. A na dobrą sprawę sami by się mogli zabezpieczyć i przeprowadzić przez miasto. Ale, że główni policyjni przełożeni lubią generować koszty to i skierowali do zabezpieczenia 10 kompanii oddziałów prewencji. Szczęście to miałem, że moją kompanię wrzucili do ogrodów Kancelarii Premiera i nie musiałem dreptać przez całą stolycę.

Po 5 godzinach siedzenia w niebieskim Jeepie i oczekiwania na przyjście demonstrantów natura wezwała mnie do odwiedzenia kancelaryjnych toalet. Tam stało już w kolejce kilku innych moich współtowarzyszy niedoli. Jeden z nich, wygląd Johny Bravo – zachowanie zresztą też (brak mózgu i wielka klata), mówił do drugiego kolegi typu Frodo – mały z wielkimi stopami:

– Kompanie mój drogi, niezwykłe wczoraj położyłem podwaliny pod moją muskulaturę na sali ćwiczeń. Podnosiłem ciężary motyla noga, że kurze pióro – rzekł Johny.
– No widzę towarzyszu mój słodki, że mięsnie twe są niczem u Herkulesa, kaczy dziób. A przedramię twe wygląda jak po całonocnym harcowaniu z Włodzimierzem – odparł Frodo.
– Chyba Ty! Waginosceptyczny karle! – odszczekał się Johny.
(wyżej wymienione ogólnie używane wylgaryzmy zastąpić można dowolnym niszowym brzydkim słowem na „K” czy „CH”; objaśnienia zwrotów na końcu tekstu).

W tym momencie z kabiny wyszedł mężczyzna. Znowu mnie zamurowało. Znowu był to Władysław Bartoszewski. W tym momencie myślałem, że zapadnę się pod ziemię ze wstydu przez dialog moich „kolegów”. Cóż mógł sobie pomyśleć Pan Władysław o służbie porządkowej w naszym pięknym kraju? W ojczyźnie, o którą walczył. Chciałem się odezwać, przeprosić za zachowanie kolegów, ale język stanął mi kołkiem i jedyne co wydusiłem, to „Dzień dobry”. Pan Władysław odpowiedział i wyszedł z toalety. Ja czułem, jak się palę ze wstydu. Johny Bravo i Frodo wybuchając śmiechem zaczęli komentować, jakiemu dziadowi się kłaniam. Miałem ochotę wyciągnąć z kabury Walthera i strzelić im w łeb. Dzięki temu mieli by w końcu coś w głowie. Rzekłem im, że nie będę się zniżał do poziomu rozwielitki żeby z nimi porozmawiać oraz że zamiast mózgu mają bidon z wodą.

I tak życie dało mi drugą szansę, której nie wykorzystałem. Pomyślałem wtedy „Gadaj z ludźmi jełopie!”. Ale jak tu gadać skoro sytuacje i okoliczności nie skłaniają do podjęcia dialogu. Przekonałem się wtedy, że trafłem do firmy, w której 70% osób niekoniecznie wie kto to jest profesor Władysław Bartoszewski i niekoniecznie potrafi się posługiwać poprawną polszczyzną. Ale o tym może w innym miejscu. Jedno jest pewne: trzeciej szansy na rozmowę z Panem Władysławem już nie będzie.

Słownik pojęć:
1. niezwykłe wczoraj położyłem podwaliny pod moją muskulaturę na sali ćwiczeń – spompowałem się na siłowni.
2. harcować z Włodzimierzem – onanizować się.
3. waginosceptyczny karzeł – ciota.

Antologia marzeń, czyli jak nie zostałem gwiazdą rocka

https://www.instagram.com/p/12SS8Jtfjl/?taken-by=karkolomnyblog

Niedawno, przeglądając rzeczy pozostawione u moich rodziców, wpadła mi w ręce płyta, dzięki której serce me przyspieszyło a gardło ścisnęło wspomnienie o latach minionych. OZZMOSIS – na sam dźwięk tego słowa po plecach mych przechodzi dreszcz, niewywołany zmianą temperatury. Płytę Ozzy’ego Osbourne’a dostałem na 18 – te urodziny od kumpli, z którymi przez 3 lata łączyło mnie jedno marzenie – zostać gwiazdą rocka.

14 (albo 15) lat świetlnych temu w wietrznym mieście Kołobrzegu, w garażowych ciemnościach powstał zespół, któremu nadano nazwę Raw Flame…. Stworzyło go 4 długowłosych młokosów: na wokalu i gitarze solowej Ściepek, na perkusji Ochota, na gitarze rytmicznej Gancu, na basie moja karkołomna osoba. Niedługo później gitarę solową przejął Jemos. Będąc pod silnym wpływem Black Sabbath, Led Zeppelin, Deep Purple, Ozzy’ego, Judas Priest i innych dinozaurów rocka, chcieliśmy zaprzedać duszę diabłu, znaleźć kostkę przeznaczenia i nagrać najlepszy kawałek na świecie. Jednak zanim to miało nastąpić zaczynaliśmy od grania takiego zacnego utworu:

Graliśmy, koncertowaliśmy i chodziliśmy 2 metry nad ziemią owładnięci marzeniami o sławie. Na początku naszej „kariery” mieliśmy wyłączność na granie na wszelkich szkolnych jasełkach i akademiach. Ale dla nas nieważne było gdzie i jak. Liczyło się tylko granie i występowanie przed publicznością. Wierzyliśmy, ba byliśmy pewni, że kiedyś nasze płyty będą sprzedawać się jak świeże metalowe bułeczki, że będziemy zasiadać w panteonie gwiazd rocka obok Metallici, Iron Maiden czy Black Sabbath. Spragnieni sławy biegaliśmy z gitarami do garażu i ćwiczyliśmy wszystkie nasze i nie nasze riffy. Abstrahując – widok gitary na moich plecach, w małej podkołobrzeskiej  mieścinie, w której mieszkałem, dawał mi status zjawiska nadprzyrodzonego. Poza próbami robiliśmy różne dziwne głupoty, które przystoją brzydkim, pryszczatym nastolatkom. Piliśmy wino na kołobrzeskich szczękach, snując plany podbicia rockowego świata i posiadania stada groupies. Prawie co piątek roznosiliśmy w posadach kołobrzeską latarnię, a waracając z niej nieśliśmy śmierć i zniszczenie na ulicach. Potrafiliśmy spędzić całą noc na oglądaniu tego teledysku:

Jednak czas szybko mija. Nadszedł maj i pora matur 2003 roku. Oto przyszedł kres naszej licealnej edukacji. Wyjazdy na studia i wkraczanie w dorosłe życie źle wpłynęły na zespół. Raw Flame zaczął się sypać. Nie wytrzymał tej próby. Choć przyczyn upadku formacji jest wiele. W tamtym czasie chcieliśmy dużo, ale byliśmy zbyt leniwi, żeby mieć więcej. Jak w porządnym rockowym zespole zaczęło dochodzić do kłótni i nieporozumień. Próby zaczęły odbywać się z doskoku. A i umiejętności zaczęły pozostawiać wiele do życzenia. Pierwszy ze składu wypadł Gancu. Z moją grą na basie i znajomością skal było jak z nauką angielskiego przez Adasia Miauczyńskiego w Dniu Świra – coś tam umiem, ale nie do końca i chyba już nigdy w pełni tego nie opanuję. Więc żeby również uniknąć przykrego rozstania z zespołem i usłyszenia „Sory ziomuś, nie chcemy już z Tobą grać. Się nie rozwijasz”, postanowiłem sam opuścić zespół. I tak z marzeń o stadionowych koncertach pozostały tylko wspomnienia o dniach minionych.

Najwytrwalszymi z naszej piątki, w dążeniu do sławy okazali się Ściepek i Ochota. Chłopaki wciąż działają prężnie na scenie rockowej. Ściepek zdziera struny głosowe w poznańskim zespole Stamina. Ochota wali w gary w stonerowej grupie Sautrus. Niedawno zakupiłem ich płytę Reed: Chapter One i przyznać muszę, że palce lizać. No nie ma się do czego przyczepić. I zbiera bardzo dobre recenzje.

https://www.instagram.com/p/12Si2Xtfj3/?taken-by=karkolomnyblog

Gancu, podobnie jak ja, wstąpił do psiej firmy.  Jemos – szlaja się gdzieś po Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu tęczy.

Moje marzenia pozostały moje i nadal tylko w sferze marzeń. Pewnym jest, że gwiazdą rocka już nie zostanę. Jednak pomimo nieudanej próby wkroczenia do Rock’n’roll Hall Of Fame pozostały niesamowite wspomnienia. Moja narzeczona Anna mówi, że jestem wiecznym marzycielem. Ale czym by było życie bez marzeń i tego świata zamkniętego w pudełku idealności, gdzie nic nie dzieje się wbrew naszej woli? Czy marzenia nie dają siły do działania?

I tak na dobranoc:

Chyba już można iść spać
Dziś pewnie nic się nie zdarzy
Chyba już można się położyć
Marzeń na jutro trzeba namarzyć.
Andrzej Poniedzielski, Chyba już można iść spać

P.S. Jakby ktoś chciał posłuchać Raw Flame’owej twórczości to Jemos stworzył kiedyś takie pudełko: https://myspace.com/crismband – po opuszczeniu zespołu przeze mnie i Ganca, chłopaki zmienili nazwę na Crism.

Moje własne pudełko nicości

Nigdy nie byłem blogerem. Ba! Nigdy nie przeczytałem żadnego bloga. Nie wiem z czym i jak się  je tą całą blogosferę. Nie wiem czy w ogóle potrafię napisać coś interesującego. Co prawda potrafię złożyć zdanie podrzędnie złożone, wyróżnić dopełniacz i mianownik w zdaniu a i zasady ortografii i interpunkcji nie są mi obce, to jednak strach przed upublicznianiem tego, co mi w głowie siedzi, paraliżuje nieco zdolności twórcze. O ile takowe istnieją. Może powinienem wziąć do serca opinię mojej nauczycielki z LO, która przed 15 laty, poprzez oceny moich wypracowań notorycznie pokazywała mi, że jestem piśmienniczym gamoniem i od pióra wszelkiej maści powinienem się trzymać z daleka.

Moja narzeczona Anna powiedziała mi, że problemem wielu blogów jest to, że pojawiają się pierwsze wpisy, a potem blog umiera. Z jej zdaniem w tej kwestii nie śmiem polemizować, gdyż jest ona blogową wyjadaczką. Przy czytaniu niejednego bloga wzrok swój pogorszyła, przy niejednym blogu niejeden kubek herbaty tudzież lampki wina wypiła. To ona, narzeczona moja Anna, zainspirowała mnie do tego abym zaczął pisać bloga. Nakazała mi powiększyć swoje pudełko nicości, dzięki któremu emocje, które we mnie siedzą znajdą ujście. Kiedyś myślałem, że moje pudełko nicości jest w swej objętości nieograniczone. Uważałem, że niczem Franz Maurer czy Brudny Harry potrafię zjeść drut kolczasty, popić go kwasem solnym i wypróżnić w postaci napalmu, że potrafię czystą 40 procentową pić litrami bez popicia i ogórka.

Jednak po latach pracy w swoim psim zawodzie zauważyłem, że zgaga po drucie kolczastym jest zbyt wielka i trzeba znaleźć jakiś Ranigast na uporczywe pieczenie w przełyku. Czy pomoże mi w tym pisanie bloga?? Nie wie tego nikt. Ale nadzieję mam, że pomoże w nieznośnej lekkości bytu znaleźć dodatkowy cel w życiu  i da satysfakcję oraz spełnienie. A gdy znajdzie się chociaż jeden czytelnik tego karkołomnego bloga (narzeczona i mama się nie liczą), to i przyjemność z pisania będzie większa. 

O czym będę pisał w moim karkołomnym blogu?? Pisać będę o czym mnie ślina na język przyniesie z czujnym cenzorskim okiem narzeczonej mojej Anny. Na pewno nie będzie o kosmetykach, makijażu, ubieraniu i noszeniu szpilek. Będzie o sytuacji w Bangladeszu, trudnej sytuacji w Tadżykistanie i wzroście cen kawy w Kolumbii. A na poważnie to nie będę się ograniczać i będzie o tym co lubię i czego nie lubię. Bo w końcu trzeba powiększać swoje pudełko nicości. Pewien znany Rysiek zaśpiewał kiedyś, że w życiu piękne są tylko chwile, a inny znany Magik z kolegami zawtórował mu, że łapie chwile ulotne jak fotka. Ja będę niektóre z tych chwil uwieczniał na swoim blogu, żeby zamknąć je w pudełku nicości. Wpisy różnorakiego rodzaju pojawiać się będą z nieregularną częstotliwością.

Myślę, że na tym pora zakończyć mój pierwszy blogowy wpis. Mam nadzieję, że nie zakończy się on kmicicowym okrzykiem „Kończ Waść! Wstydu oszczędź!”. Z harcerskim pozdrowieniem: Na pohybel!