Karkołomny

Kategoria: Opowieści

Co zrobić gdy dziecko nie chce się kąpać?

W ostatnim czasie gnębią mnie dwa problemy. Pierwszy dosyć prozaiczny: nie mam weny do napisania czegokolwiek, przez co karkołomnego bloga czytają tylko żona, rodzice i teściowa. Drugi jest dość mocno skomplikowany: Olka nie chce się kąpać.
I nie wiem czy młoda sprawdza swoją odporność na brud, czy testuje cierpliwość starego, czy po prostu ma takie widzimisię.
 
Choć przyczyna jest znana, nie wiadomo jak nad nią zapanować. Oto pewnego jeszcze zimowego dnia będąc w Rossmanie wpadłem (w moim robolskim mniemaniu) na zacny pomysł: kupiłem dziecku pastylki koloryzujące wodę do kąpieli. Wybrałem zacną niebieskość imitującą morze niczem na lazurowym wybrzeżu. Że wieczór był, to co sił w nogach pognałem do domu co by czym prędzej nalać wody do wanny i wykąpać Oleństwo. Podjarany byłem jak arab na kurs pilotażu gdy wrzucałem tabletkę do wody i zobaczyłem jak zabarwia się na kolor w stylu „bałtycki niepokój” z podkołobrzeskich plaż. No dobra. Lazurowego wybrzeża nie ma ale też jest znakomicie. Biorę mojego klona i z zachwytem pokazuję przygotowaną dla niej kąpiel. Olka popatrzyła na wodę. Następnie spojrzała na mnie jak na debila i z miną wyrażającą obrzydzenie rzekła: „Tata, Ola nie myć”. Zgłupiałem. To ja tutaj się staram a przyjdzie takie małe ledwo gadające i całą radość zabierze mnie staremu? O, nie! Nie dając za wygraną próbowałem zachęcić Oleństwo żeby wrzuciła do wanny lalę. Młoda przytuliła swoją zabawkę do mycia jeszcze mocniej, pokręciła głową i pokazując mi jednocześnie otwartą dłoń (jakby rzec chciała „Talk to the hand”) powiedziała krótko, zwięźle i na temat: „Nie”. Prosiłem, błagałem, kajałem się. Po kilkuminitowych negocjacjach młoda dała się przekonać. Poświęciłem swoją męską godność i zgodziłem się na popołudnie zabaw lalkami. Co mi tam.
 
Ochoczo rozebrałem grzdyla i włożyłem do wanny. Niestety ten mój wizualno – behawioralny klon zbyt bacznie zaczął obserwować wodę. Po minucie od rozpoczęcia kąpieli zobaczyła w wodzie paproch… Reakcja była niczem z filmu „Szczęki” – natychmiastowa ucieczka z wody. Gdyby była większa to zapewne wyskoczyłaby z wanny. Wstała, uczepiła się mojego ramienia i z krzykiem rozpaczy zawołała do mnie: „Tato, be!”. Na nic moje tłumaczenia, że to tylko paproch i zaraz go wyciągnę. Na nic mój heroizm w łapaniu owego rekina w wannnie. Olka tak jak stary nie lubi pływać w syfie (jak mam wejść do jeziora, rzeki czy morza to aż mnie trzęsie z obrzydzenia przed wodorostami i innymi pływającymi tam badziewiami). No, ale że w wannie? I to w domu? Wskoczyła 5 poziomów wyżej ode mnie.
 
Cóż było robić? Wyciągnąłem bajtla, wysuszyłem, ubrałem i położyłem do spania. Następnego dnia zaniechałem barwienia wody na niebiesko. Ale Oleństwo stanęło okoniem:
– Tato, Ola nie myć.
– Dlaczego Oluś?
– Tato, papot.
– Paproch? – mówię zdumiony – przecież tata powyciągał wszystkie paprochy z wody.
– Nieee, tato papot. Ola nie myć.
 
Załamka. Przecież kąpiel młodej to taki nasz rytuał od jej narodzin. Że już tak dorosła, że mnie nie potrzebuje czy co? Nic to, dziecko umyć trzeba. Więc jako nowoczesny rodzic rozpoczynam negocjacje, tłumaczenia i próbuję przekonać. 
Dupa. Gadka jak ze ścianą. Uparta jak ojciec. Złość zaczęła we mnie wzbierać. Na siebie. Że taki uparty jestem jak osioł. I to małe dwuletnie tamagochi ma ten paskudny charakter po mnie. Nie mogła przejąć w genach miłości i otwartości do ludzi po matce. Musiała po mnie upór i socjopatię. „Dżizas!” – krzyczę w myślach. I zaczynam się zastanawiać jak Ci ludzie niektórzy ze mną wytrzymują. Żona w szczególności.
No ale czas mija, a tłumaczenia odbijają się u mur zwany „Nie”. Po 15 minutach i na granicy nerwów wziąłem Oleństwo do wanny. To było najszybsze mycie świata i jednocześnie moje najdłuższe 30 sekund w życiu. Młoda wczepiła się we mnie, krzycząc „Papot! Papot!”. Aby dziecku stresu zaoszczędzić namydliłem ją szybko i postanowiłem spłukać prysznicem. Niestety. Młoda wytrąciła mi go jakoś z rąk. Oczywiście słuchawka musiała tak wylecieć żeby najprzód polać mnie całego a później całą podłogę w łazience. Klnę w myślach i nerwy moje już na granicy są. Młoda krzyczy. Dom wariatów. Wyjąłem, wysuszyłem, ubrałem i położyłem do spania.
 
I otworzyłem browara, bo to za dużo stresu jak dla mnie. Gdybym był nowoczesną matką to pewnie bym wpisał na jakimś forum facebookowych mamusiek pytanie „Co zrobić gdy dziecko nie chce się kąpać?” i natychmiast dostałbym pińcet dobrych rad od różnych mamusiek. A jedna przez drugą prześcigałyby się w tym czyjej rada jest lepsiejsza. Ja bym dodał im tylko do zadania level hardcore: Oleństwo następnego dnia schowało korek do wanny. Taka łajza uparta. Co zrobić? Jak żyć?
 
P.S. Żeby nie stracić 5,99 zł wydanych na barwnik do wody, używam go do swoich kąpieli. Wanna ma jakieś 100 cm. Ja 185. Więc lekko wystając nogami wyleguję się w odmętach lazurowego wybrzeża.

Zigaretten nach Berlin

Szczecin nie leży nad morzem. To wiedzą prawie wszyscy. Jednak mimo to miasto Gryfa posiada wiele plusów. Jednym z największych jest bliskość Berlina i dobre połączenie kolejowe z nim. A stolica Niemiec kusi atrakcjami.

Tekst miał powstać prawie miesiąc temu. Bo wspólnie z Rysiami postanowiliśmy świętować rocznicę Powstania Warszawskiego w Berlinie. Jakoś do germańskiej stolicy było bliżej niż do Warszawy. Dlaczego najlepiej udać się do Berlina pociągiem? Ano dlatego, że bilet grupowy (5 – cio osobowy) kosztuje 30 Euro w obie strony. Dodatkowo można poruszać się po Berlinie wszelką komunikacją w cenie biletu. Tak więc w przypadku naszej czwórki (bajtli nie liczę) wyszło 30 zł za osobę w obie strony. Jak ktoś nie ma stada nie musi się martwić – po szczecińskim peronie chodzą ludziska i dopytują się czy ktoś nie chce do grupy pociągowej dołączyć.

Więc kupili my bilet i wsiedli do pociągu. Na wejściu okazało się, że więcej rodaków postanowiło pierwszego sierpnia zdobyć Berlin, przez co tłok w pociągu był niemiłosierny. Anusiak z Rysiową trzymając grzdyle na rękach dostały miejsca siedzące. Rysiu wbił się gdzieś pomiędzy rowerem, wózkiem a 3 walizkami jakichś ludziów. Ja zająłem miejsce najlepsze z możliwych w takiej sytuacji.

Można było nawet przysiąść i kontemplować mijany za szybą krajobraz lub po prostu rozwiązywać w pamięci teorię strun.

Po drodze jest przesiadka w Angermünde. Czas na wyjście z pociągu, przejście przez peron i oczekiwanie na drugi pociąg wynosi 10 minut. Słownie dziesięć. I mimo, że przyjechaliśmy o czasie, to miałem wrażenie, że rodacy pchają się do wyjścia jakby ten, kto wyjdzie ostatni, miał za karę sprzątać wszystkie berlińskie szalety. No pchali się przy wyjściu jak świnie do koryta. I biegło to bydło, jakby przejście 20 metrów miało zająć godzinę. „Fuck me” pomyślałem i na spokojnie z Rysiem poszliśmy tyłem, zastanawiając się nad głupotą tłumu w jego oślim pędzie. 

Dojechaliśmy do Berlina o czasie. Z niemiecką precyzją. Ruszyliśmy na Bundestag, a biały wózek wskazywał nam drogę.

 

Nie mieliśmy kompletnie planu wycieczki. Postanowiliśmy iśc na żywioł i dreptać przed siebie, robiąc po drodze zdjęcia berlińskich wspaniałości. Nie jestem jakoś przekonany do strzelania sobie selfie na każdym kroku. No ale cóż zrobić jak się prowadzi bloga. Przecież to niejako przymus blogosfery. Więc pod Bundestagiem trza było strzelić dziubka. Nie pykło. Tylko głowa rodziny wyszła fotogenicznie.

Jak się okazało po drodze, Anusiak i Rysiowa postanowiły odwiedzić w Berlinie Primark. Napaliły się jak Arab na kurs pilotażu. Co zrobić. Wzięliśmy to z Rysiem na klatę i szliśmy posłusznie w tyle. Na szczęście łajzy nasze w przypływie miłosierdzia pozwoliły nam napić się zimnego Becksa i przegryźć berlińskim bratwurstem w sosie curry. Biały wózek nas prowadził.

 

Przy wieży telewizyjnej wiedzieliśmy, że jesteśmy blisko damskiego celu rozkoszy. W trakcie przemierzania ulic niemieckiej stolicy zrozumieliśmy z Rysiem, że jednak ten wyjazd nie był taki przypadkowy. Że jednak nasze małe modliszki zaplanowały wyjazd w celach zakupowych. Bo przecież Primark jest taki fajny. W mordę! Co może być fajnego w sklepie, w którym można kupić to co w każdym innym? Nasze małe Adolfiny kazały nam jednak stulić dziób i wskazywały, że nie znamy się na niczym. Wbiegły do sklepu zostawiając nas z wózkami. Staliśmy. Czekaliśmy. Żar lał się z nieba. Na szczęście grzdyle poszły z nami na współprace i były nader spokojne. My staliśmy dalej. Anusiak i Rysiowa wykulały się z tego przytułka szatana po około dwóch godzinach. Z nosami zwieszonymi na kwintę. Okazało się, że jednak Primark trąci kupą i nic tam ciekawego nie ma. Ale coś tam jednak na poprawę humoru modliszki kupiły. I dostałem kapelusz od Anusiaka. Tylko, że na mój wielki łeb ciężko cokolwiek dopasować bez przymiarki. „Michu, największy rozmiar kupiłam!” – krzyknął triumfalnie Anusiak. Jak się okazało, mój garnek nie mieści się w europejskich normach wielkości.

No ale my tu gadu gadu, a głód zaczął Rysiowi i mnie zaglądać do oczu. A jak Berlin to tylko bratwurst albo kebap. Z pomocą przyszedł TripAdvisor. I znalazł Rysiu cel naszego głodu. Mustafas Gemüse Kebap. Znaleźlismy nasze White Castle. I ruszyliśmy w drogę. Rysiu włączył Hołowczyca i zaczęliśmy mozolnie dreptać do berlińskiej kebapowej mekki. A trasa okazała się nader długa. Po drodze musieliśmy zostawić kobiety i dzieci, bo przyszła pora karmienia. Grzdyle to jednak mają dobrze. My z Rysiem ruszyliśmy dalej. I gdy wydawało nam się, że cel jest już blisko, to komórkowa automapa przestawiała cel dojazdu podnosząc poziom irytacji. Po drodze mieliśmy niejedną chwilę zwątpienia. Że może jednak nie, że nie ma sensu, że nogi bolą, że przecież mijamy tyle tureckich bud i może weźmy coś na wynos a kobitom wmówimy, że to Mustafa. Ale jednak chęć zaznania tej kulinarnej rozkoszy wygrywała i trwaliśmy w drodze podnosząc się nawzajem na duchu. I gdy dotarliśmy do skrzyżowania i widzieliśmy mustafowy white castle musieliśmy się rozdzielić. Postanowiliśmy, że Rysiu pierwszy zdobędzie szczyt, a ja wróce po nasze białogłowy, które same zostały na ziemi wroga. I wróciłem. I zastałem. Bazyliszki gotowe zabić wzrokiem. A nie wiedziały jeszcze, że droga dłuższa i trudniejsza będzie od zdobycia K2. Ruszyłem przodem czując na plecach chłód ich spojrzeń i z pokorą słuchając wyrzutów, że ich Primark w porównaniu z naszym mustafowym wymysłem to pikuś. Że przecież one chcą do zoo albo gdzieś indziej (nie wiem, nie słuchałem, jak prawdziwy facet w takich momentach zamknąłem się w swoim pudełku nicości). I nawet zero było wdzięczności, że przeprowadziłem je cało przez berlińskie ulice i doprowadziłem do celu. Bo Mustafa to nie jest taki zwykły kebap gdzie przychodzisz, bierzesz i wychodzisz. Na Mustafę trzeba poczekać. Do Mustafy trzeba dojrzeć. Trzeba docenić jego kunszt. Bo kolejka do Mustafy to jakieś 2 godziny czekania. Bo Mustafa to sprawdzian charakteru. Człowiek musi wygrać ze swoimi słabościami i wątpliwościami. A tych w czasie dwugodzinnego stania w kolejce jest niemiłosiernie dużo. Bo przecież naokoło jest wiele pokus. Człowiek nie raz pomyśli w kolejce, że może jednak wyjść z niej i zajrzeć do pobliskiej pizzerii, w której włoski placek dostaje się po 5 minutach. I walczy człowiek z głodemi i ćwiczy silną wolę. Ale zapamiętajcie sobie jedno: gra jest warta świeczki. Nagroda na końcu łańcucha pokarmowego jest iście wyśmienita. Bo człowiek nie dostaje tylko bułki z mięsem i warzywami. Dostaje starannie dopieszczony produkt. Wtapiając zęby w chrupiącą bułkę, soczyste mięso i kruche warzywa człowiek przenosi się na głośne ulice Stambułu. I nawet Rysiowa z Anusiakiem nam wybaczyły gdy zaznały smaku znad cieśniny Bosfor. I nawet długi powrót do dworca piechotą nie był już straszny.

I na koniec dnia wyszło nam nawet berlińskie selfie. A w pociągu powrotnym wyszystkie dzieciaki spały: Ola, Olek, Rysiu i Karkołomny ja. I tylko Rysiowa z Anusiakiem czuwały nad całością swojej gromady. Bo mamuśki to jednak silne łajzy są.

Ale postanowiliśmy, że wycieczek do Berlina będzie więcej. Bo połowa dnia minęła na poszukiwaniu Mustafy.

Samotna śmierć wolności

Wyobraź sobie, że masz 18 lat. Nigdy tak naprawdę nie zaznałeś smaku wolności. Nie dane było Ci przeżyć beztroskich lat gimnazjum i szkoły średniej. Marzysz o tym, aby móc swobodnie przechadzać się po swoim mieście, zabrać swoją ukochaną na spacer bez zastanawiania się czy za rogiem nie będzie czekać łapanka, czy sprawdzać zegarek, bo nadchodzi godzina policyjna. Nie chodzisz do kina, bo tylko świnie siedzą w kinie. Twoje całe młodzieńcze buńczuczne życie to ciągła walka o wolność. I konspiracja.

Nie ma facebooka, tableta, smartfona, snapchata, instagrama i twittera. Nie możesz walnąć samojebki z rana i wrzucić na ścianę fiutbooka, nie możesz poinformować świata o nadchodzącym piąteczku ani pożalić się na zasrany poniedziałek. Ale co gorsza: nie możesz zrobić zdjęcia swojego koryta i pochwalić się przed światem jakim to jesteś cool osobnikiem żrąc wegańską trawę.

Twoje życie to ciągłe marzenie o wolności. Bo nie wiesz nawet jak to jest wyjść na ulicę bez strachu o własne życie. Ciągle musisz być o 2 kroki do przodu, ciągle oglądać się za siebie, bo chcesz żyć. Nie chcesz zostać złapany i wywieziony do obozu. Naokoło Ciebie wszędzie czai się śmierć.

I nagle przychodzi decyzja, jest rozkaz walki. O wolność i niepodległość. O przyszłość. Jest tylko jeden warunek. Porzucisz swoje życie. Swoje ciało. Droga do wolności będzie wiodła przez śmierć. Czy jesteś w stanie stanąć do walki, mając świadomość, że wróg mimo swych słabnących sił, nadal jest po tysiąckroć silniejszy od Ciebie? Oto bezduszny serca egzamin. Czy wygra Twoja egoistyczna natura, czy jednak miłość do wolności zagłuszy strach przed śmiercią. Czy jesteś w stanie przekroczyć granicę ludzkich doświadczeń? Wyzbyć się wszystkiego za cenę wolnośći? Ale nie Twojej wolności. Bo Ty osiągniesz ją oddając się w zimne ręce kostuchy. Umrzesz jeszcze za życia. Znajdziesz się w piekle, z którego nigdy nie będziesz w stanie się wydostać. Nawet jeśli przeżyjesz. Śmierć będzie Ci siostrą, piekło Twym bratem. Do końca życia będziesz pamiętał zachody sierpniowej pożogi. Twoje uszy nigdy nie zapomną wrzasku umierających i przeciągłego wycia „krowy”. Twoje oczy zawsze już będą widzieć umarłych. Ciemność będzie kojarzyła się z horrorem kanałów. I nigdy nie zapomnisz smrodu rozkładających się ciał. Czułeś kiedyś chociaż raz, jaki smród wydziela jedno rozkładające sie ciało? A widziałeś jak larwy pożerają twarz zmarłego, który rozkłada sie przy 30 stopniowym upale? To pomyśl, że w każdym zakątku Twojej walki, Twojej barykady, leży trup, gdzie się nie obejrzysz widzisz śmierć.

Walczysz w smrodzie, głodzie, brudzie i niewyobrażalnym ukropie. Znikąd nie widzisz pomocy. Gdy rozpocząłeś walkę poczułeś smak wolności. Słodycz i dumę zwycięzcy. Jednak to szybko minęło. Stałeś się zwykłym szczurem chodzącym po kanałach. Twoja wolność umarła w samotności. Tak naprawdę nigdy nie poznałeś wolności, nigdy jej nie zrozumiałeś i nie dane Ci było ją pokochać. Wiesz, że walka jest przegrana. Ale walczysz i nie poddajesz się. Bo Bóg, honor, Ojczyzna. Wiesz co to jest honor? To nie jest nowa appka na smartfona. To stan ducha, dzięki któremu stoisz wyprostowany pośród tych co na kolanach. Ale walczysz, bo wierzysz, że Ojczyzna w przyszłości będzie z Ciebie dumna. Że śmierć Twoja da wolność następnym pokoleniom.

Czy zastanawiałeś się jak zachowałbyś się w obliczu śmiertelnej walki o wolność? I nie pieprz farmazonów, że dla ojczyzny zrobiłbyś wszystko. Nie wiesz co byś zrobił gdybyś stanął przed wyborem życia lub śmierci. Panowie i Panie w ’44 też nie wiedzieli. Srali w gacie ze strachu, ale walczyli. Bo pragnęli wolności. Bali się śmierci, ale mimo wszystko ją oswoili. Zaprzyjaźnili się z nią. Bo nie ma nic piękniejszego niż oddać życie za ojczyznę. Żebyś Ty teraz mógł chodzić w wolnej Polsce i pierdolić, że żyjesz w nienormalnym kraju. Że wszystko tu jest złe i niedobre, a najpiękniej to jakby bomba atomowa spadła na ten kraj i pochłonęła wszystko, bo tu przecież nie ma przyszłości.

Gadaj z ludźmi jełopie!

Tekst ten miałem zamiar zamieścić kilka dni wcześniej. Ale nadmiar obowiązków służbowych oraz mój 6 tygodniowy bajtel skutecznie zabierały mi czas i siłę na pisanie czegokolwiek. Przy okazji zaczynam podziwiać blogerki parentingowe, mimo wcześniejszego niezbyt pochlebnego wpisu o matkach blogerkach. Zastanawiam się skąd one biorą siły, czas i skupienie myśli na pisanie, robienie zdjęć i tworzenie bloga? Mój 6 tygodniowy dżigersiu swoim krzykiem skutecznie robi mi galaretę z mózgu i sprawia, że nie jestem w stanie na niczym skupić myśli. Krążę jak we mgle i pamięć mi zawodzi. Czasami mam wrażenie, że większą przyjemność czerpałbym z podłączonego akumulatora na jajach lub walenia głową w mur niż krzyku mojego małego szczęścia. Te żywe 60 centymetrów tak skutecznie terroryzuje cały dom, że nawet pies ma depresję i boi się wyjść z kojca, gdy tylko Olka tylko zaczyna swój koncert. Jest to krzyk spowodowany brakiem, czy też oderwaniem od pokarmu. Więc jak te matki blogerki piszą tego bloga z dzieckiem przy cycach to ja nie wiem. Ale o tym to ja może napiszę obszerniej za niedługo, jak uporządkuje wszystkie ciemne strony posiadania bajtla.

Ludzie mówią, że w Warszawie gdzie nie rzucisz kamieniem to trafisz jakiegoś celebrytę, gwiazdę disco polo, rolnika z telewizji czy znanego blogera. Moja ścieżka kariery tak się ułożyła, że sierpień i wrzesień 2010 roku spędziłem w stolycy. Widziałem tam kilka znanych osób. Chociaż kamieniem nie rzucałem, to miałem wrażenie, że dostały jakimś obuchem, bo szły niekoniecznie prosto o 3 w nocy przez Nowy Świat. Bezlitośnie upalny sierpień roku pańskiego 2010 minął mi pod krzyżem przed pałacem prezydenckim. Nie walczyłem o niego. Wykonywałem swoje służbowe obowiązki siedząc w kazamatach pałacu i czekając na swoją kolej bezsensownej warty pod krzyżem, co by go ktoś nie ukradł. Zazwyczaj te 4 godziny stania pod nim mijały mi na słuchaniu od przemiłych starszych pań, że jestem gestapowcem, zomowcem, ubekiem, żydem i masonem. W przerwach tych komplementów zazwyczaj starsze panie leciały z różańcem. Jak tak człowiek stoi i przez 3 godziny (bo co jakiś czas superlatywy) słucha monotonii zdrowasiek, to nawet po zakończonej służbie, gdy siądzie sobie na kiblu to w głowie mu się odbija ten as-salaamu l-malaa’ikii (czyli, że zdrowaś itd.). Wrzesień był trochę zimniejszy i spokojniejszy, bo i krzyż ukradkiem zabrali pewnego poranka. I tak pozostały nam tylko patrole piesze uliczkami warszawskich dzielnic.

Pewnej wrześniowej soboty o poranku kroczyłem wraz z moim patrolowym kolegą przez warszawskie osiedle. Jaka to była dzielnica – zabij mnie nie powiem. Słów tu muszę kilka o koledze z patrolu. Ludzie często myślą, że policjant ma swojego stałego partnera, którego zna jak własne gacie i że w ogień za nim skoczy. To mit. Bardzo wielki mit. Moim współpatrolowcem był wtedy człowiek o wyglądzie pingwina z filmu Powrót Batmana – postaci granej przez Danny’ego DeVito.

Macie czasami takie uczucie, że jakaś osoba jest tak brzydka, albo cokolwiek innego, że nie jesteście w stanie na nią patrzeć? Ja tak miałem przez 8 godzin tamtego dnia. I przez następne 7 dni. I na pewno w ogień bym za nim nie skoczył. Ale do tematu. Kroczyliśmy tak sennym krokiem przez pasaż sklepowy wśród warszawskiego blokowiska i rozmawialiśmy o niczym. Nawet go nie słuchałem tylko myślałem o tym czy wieczorem napić się czystej i popić ją browarem (zapewne tak zrobiłem, bo byłem wtedy na etapie jedzenia drutu kolczastego). Gdy przechodziliśmy obok księgarni uchyliły się drzwi i wyskoczył z niej dziarski staruszek. Potrącając mojego współpatrolowca rzucił szybkie „Przepraszam” zniknął pomiędzy blokami. Stanąłem jak wryty. Wywiązał się pomiędzy mną a moim kolegą z patrolu chyba jedyny wówczas świadomy dialog:

– W mordę dziad nie patrzy jak lezie – rzekł mój kolega.
– Ty wiesz kto to był baranie? – zapytałem. I ten jedyny raz zatrzymałem wzrok na pingwinie na jakieś nieprzerwane 15 sekund.
– Nie wiem, jakiś dziad. Jakbym się uparł to bym mu naruszenie zrobił, bo mnie pchnął wyłażąc.
– Człowieku co Ty gadasz? To był Władysław Bartoszewski! Mówi Ci to coś?
– Nic – odpowiedział pingwin, mając wyraz twarzy nie skażony żadną myślą.
Poczułem się w obowiązku wytłumaczenie ptakowatemu, że Pan Władysław to i w Auschwitz był jako więzień, że w Powstaniu Warszawskim był, że ministrem spraw zagranicznych był i że profesorem i autorytetem jest. Po wyrazie twarzy pingwina doszedłem do wniosku, że większe wrażenie zrobiłby na nim widok kulek Newtona. Zaprzestałem tłumaczeń i pogrążyłem się w myślach jak bym się zachował, co bym powiedział, jak zagaił rozmowę i o co zapytał gdyby to mnie potrącił Pan Władysław. Jednak uznałem, że nie ma co o tym myśleć, że drugiej takiej szansy nie będzie i dalej rozmyślałem o wieczornych swawolach.

Pod koniec września siedziałem, wraz z kilkoma innymi kompaniami zabezpieczenia, w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Zabezpieczaliśmy demonstrację policjantów. No i innych służb mundurowych. Jak jest demonstracja to wiadomo, że o pieniądze. Jak o pieniądze, to się wszyscy boją, że będzie jak z górnikami i będą fajerwerki. Jak będą fajerwerki to musi być zabezpieczenie. Tylko nikt nie pomyślał, że policjanci, strażacy, funkcjonariusze służby więziennej jak robią protest to nie będą robić dymów, bo strata pracy murowana. A na dobrą sprawę sami by się mogli zabezpieczyć i przeprowadzić przez miasto. Ale, że główni policyjni przełożeni lubią generować koszty to i skierowali do zabezpieczenia 10 kompanii oddziałów prewencji. Szczęście to miałem, że moją kompanię wrzucili do ogrodów Kancelarii Premiera i nie musiałem dreptać przez całą stolycę.

Po 5 godzinach siedzenia w niebieskim Jeepie i oczekiwania na przyjście demonstrantów natura wezwała mnie do odwiedzenia kancelaryjnych toalet. Tam stało już w kolejce kilku innych moich współtowarzyszy niedoli. Jeden z nich, wygląd Johny Bravo – zachowanie zresztą też (brak mózgu i wielka klata), mówił do drugiego kolegi typu Frodo – mały z wielkimi stopami:

– Kompanie mój drogi, niezwykłe wczoraj położyłem podwaliny pod moją muskulaturę na sali ćwiczeń. Podnosiłem ciężary motyla noga, że kurze pióro – rzekł Johny.
– No widzę towarzyszu mój słodki, że mięsnie twe są niczem u Herkulesa, kaczy dziób. A przedramię twe wygląda jak po całonocnym harcowaniu z Włodzimierzem – odparł Frodo.
– Chyba Ty! Waginosceptyczny karle! – odszczekał się Johny.
(wyżej wymienione ogólnie używane wylgaryzmy zastąpić można dowolnym niszowym brzydkim słowem na „K” czy „CH”; objaśnienia zwrotów na końcu tekstu).

W tym momencie z kabiny wyszedł mężczyzna. Znowu mnie zamurowało. Znowu był to Władysław Bartoszewski. W tym momencie myślałem, że zapadnę się pod ziemię ze wstydu przez dialog moich „kolegów”. Cóż mógł sobie pomyśleć Pan Władysław o służbie porządkowej w naszym pięknym kraju? W ojczyźnie, o którą walczył. Chciałem się odezwać, przeprosić za zachowanie kolegów, ale język stanął mi kołkiem i jedyne co wydusiłem, to „Dzień dobry”. Pan Władysław odpowiedział i wyszedł z toalety. Ja czułem, jak się palę ze wstydu. Johny Bravo i Frodo wybuchając śmiechem zaczęli komentować, jakiemu dziadowi się kłaniam. Miałem ochotę wyciągnąć z kabury Walthera i strzelić im w łeb. Dzięki temu mieli by w końcu coś w głowie. Rzekłem im, że nie będę się zniżał do poziomu rozwielitki żeby z nimi porozmawiać oraz że zamiast mózgu mają bidon z wodą.

I tak życie dało mi drugą szansę, której nie wykorzystałem. Pomyślałem wtedy „Gadaj z ludźmi jełopie!”. Ale jak tu gadać skoro sytuacje i okoliczności nie skłaniają do podjęcia dialogu. Przekonałem się wtedy, że trafłem do firmy, w której 70% osób niekoniecznie wie kto to jest profesor Władysław Bartoszewski i niekoniecznie potrafi się posługiwać poprawną polszczyzną. Ale o tym może w innym miejscu. Jedno jest pewne: trzeciej szansy na rozmowę z Panem Władysławem już nie będzie.

Słownik pojęć:
1. niezwykłe wczoraj położyłem podwaliny pod moją muskulaturę na sali ćwiczeń – spompowałem się na siłowni.
2. harcować z Włodzimierzem – onanizować się.
3. waginosceptyczny karzeł – ciota.

Antologia marzeń, czyli jak nie zostałem gwiazdą rocka

https://www.instagram.com/p/12SS8Jtfjl/?taken-by=karkolomnyblog

Niedawno, przeglądając rzeczy pozostawione u moich rodziców, wpadła mi w ręce płyta, dzięki której serce me przyspieszyło a gardło ścisnęło wspomnienie o latach minionych. OZZMOSIS – na sam dźwięk tego słowa po plecach mych przechodzi dreszcz, niewywołany zmianą temperatury. Płytę Ozzy’ego Osbourne’a dostałem na 18 – te urodziny od kumpli, z którymi przez 3 lata łączyło mnie jedno marzenie – zostać gwiazdą rocka.

14 (albo 15) lat świetlnych temu w wietrznym mieście Kołobrzegu, w garażowych ciemnościach powstał zespół, któremu nadano nazwę Raw Flame…. Stworzyło go 4 długowłosych młokosów: na wokalu i gitarze solowej Ściepek, na perkusji Ochota, na gitarze rytmicznej Gancu, na basie moja karkołomna osoba. Niedługo później gitarę solową przejął Jemos. Będąc pod silnym wpływem Black Sabbath, Led Zeppelin, Deep Purple, Ozzy’ego, Judas Priest i innych dinozaurów rocka, chcieliśmy zaprzedać duszę diabłu, znaleźć kostkę przeznaczenia i nagrać najlepszy kawałek na świecie. Jednak zanim to miało nastąpić zaczynaliśmy od grania takiego zacnego utworu:

Graliśmy, koncertowaliśmy i chodziliśmy 2 metry nad ziemią owładnięci marzeniami o sławie. Na początku naszej „kariery” mieliśmy wyłączność na granie na wszelkich szkolnych jasełkach i akademiach. Ale dla nas nieważne było gdzie i jak. Liczyło się tylko granie i występowanie przed publicznością. Wierzyliśmy, ba byliśmy pewni, że kiedyś nasze płyty będą sprzedawać się jak świeże metalowe bułeczki, że będziemy zasiadać w panteonie gwiazd rocka obok Metallici, Iron Maiden czy Black Sabbath. Spragnieni sławy biegaliśmy z gitarami do garażu i ćwiczyliśmy wszystkie nasze i nie nasze riffy. Abstrahując – widok gitary na moich plecach, w małej podkołobrzeskiej  mieścinie, w której mieszkałem, dawał mi status zjawiska nadprzyrodzonego. Poza próbami robiliśmy różne dziwne głupoty, które przystoją brzydkim, pryszczatym nastolatkom. Piliśmy wino na kołobrzeskich szczękach, snując plany podbicia rockowego świata i posiadania stada groupies. Prawie co piątek roznosiliśmy w posadach kołobrzeską latarnię, a waracając z niej nieśliśmy śmierć i zniszczenie na ulicach. Potrafiliśmy spędzić całą noc na oglądaniu tego teledysku:

Jednak czas szybko mija. Nadszedł maj i pora matur 2003 roku. Oto przyszedł kres naszej licealnej edukacji. Wyjazdy na studia i wkraczanie w dorosłe życie źle wpłynęły na zespół. Raw Flame zaczął się sypać. Nie wytrzymał tej próby. Choć przyczyn upadku formacji jest wiele. W tamtym czasie chcieliśmy dużo, ale byliśmy zbyt leniwi, żeby mieć więcej. Jak w porządnym rockowym zespole zaczęło dochodzić do kłótni i nieporozumień. Próby zaczęły odbywać się z doskoku. A i umiejętności zaczęły pozostawiać wiele do życzenia. Pierwszy ze składu wypadł Gancu. Z moją grą na basie i znajomością skal było jak z nauką angielskiego przez Adasia Miauczyńskiego w Dniu Świra – coś tam umiem, ale nie do końca i chyba już nigdy w pełni tego nie opanuję. Więc żeby również uniknąć przykrego rozstania z zespołem i usłyszenia „Sory ziomuś, nie chcemy już z Tobą grać. Się nie rozwijasz”, postanowiłem sam opuścić zespół. I tak z marzeń o stadionowych koncertach pozostały tylko wspomnienia o dniach minionych.

Najwytrwalszymi z naszej piątki, w dążeniu do sławy okazali się Ściepek i Ochota. Chłopaki wciąż działają prężnie na scenie rockowej. Ściepek zdziera struny głosowe w poznańskim zespole Stamina. Ochota wali w gary w stonerowej grupie Sautrus. Niedawno zakupiłem ich płytę Reed: Chapter One i przyznać muszę, że palce lizać. No nie ma się do czego przyczepić. I zbiera bardzo dobre recenzje.

https://www.instagram.com/p/12Si2Xtfj3/?taken-by=karkolomnyblog

Gancu, podobnie jak ja, wstąpił do psiej firmy.  Jemos – szlaja się gdzieś po Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu tęczy.

Moje marzenia pozostały moje i nadal tylko w sferze marzeń. Pewnym jest, że gwiazdą rocka już nie zostanę. Jednak pomimo nieudanej próby wkroczenia do Rock’n’roll Hall Of Fame pozostały niesamowite wspomnienia. Moja narzeczona Anna mówi, że jestem wiecznym marzycielem. Ale czym by było życie bez marzeń i tego świata zamkniętego w pudełku idealności, gdzie nic nie dzieje się wbrew naszej woli? Czy marzenia nie dają siły do działania?

I tak na dobranoc:

Chyba już można iść spać
Dziś pewnie nic się nie zdarzy
Chyba już można się położyć
Marzeń na jutro trzeba namarzyć.
Andrzej Poniedzielski, Chyba już można iść spać

P.S. Jakby ktoś chciał posłuchać Raw Flame’owej twórczości to Jemos stworzył kiedyś takie pudełko: https://myspace.com/crismband – po opuszczeniu zespołu przeze mnie i Ganca, chłopaki zmienili nazwę na Crism.