Karkołomny

Kategoria: Slider

Dania, Kopenhaga, majówka

Dawno temu, bo w majówkowy weekend A.D. 2019 miałem okazję po raz pierwszy w życiu być w Danii. Ogólnie zbytnio nie różni się od innych krajów – duży ruch, tłok i wszędzie rowerzyści. Ale jest coś sympatycznego w tym kraju. Miałem tam oczywiście swoją Zorkę 5 i zrobiłem kilka zdjęć. Enjoy!

P.S. Są to ostatnie zdjęcia jakie dodaje poddane obróbce na laptopie. Od niedawna zacząłem korzystać z szerokogamutowego monitora graficznego, więc zdjęcia będą ino lepsze.

[Best_Wordpress_Gallery id=”26″ gal_title=”Dania”]

Godzina W. Czyli Polska płonie

1 sierpnia. Dzień jakże wieloznaczny i wywołujący skrajne uczucia wśród Polaków. Czy Powstanie było wyrazem bohaterstwa czy bezdennej głupoty tamtych pokoleń? Nie nam to oceniać. Ale zawsze warto pamiętać i przystanąć na chwilę w „Godzinę W” i zastanowić się nad tym, że jednak żyjemy w innych, lepszych czasach.

[Best_Wordpress_Gallery id=”22″ gal_title=”Godzina W”]

Głosuj TUTAJ

W tym roku postanowiłem w końcu wybrać się na ulicę Wyszyńskiego w Stargardzie, gdzie co roku o 17:00 stowarzyszenia narodowe przybiegają rozpalić race by uczcić pamięć uczestników Powstania Warszawskiego. Na ulicę rozciąga się wspaniały widok z wiaduktu przy dworcu PKP. Wyruszyłem tam o 16:45. Gdy przejeżdzałem pod wiaduktem malowani chłopcy pozbawieni włosów, z biało-czerwonymi opaskami na prawym ramieniu rozkładali flagę z napisem „Chwała Wielkiej Polsce”. To hasło zawsze wywołuje we mnie pusty śmiech. Bo kiedy ta Polska była wielka? Za Krzywoustego i Jagiełły? Czy chwilę przed rozbiorami za demokracji szlacheckiej? Sądząc po miłości narodowców do sloganu „Szlachta nie pracuje” bliżej im do XVII wiecznych zasad panujących w I Rzeczypospolitej. Ale też i zastanowiło mnie to hasło tego dnia. Czy żołnierze AK szli do powstania z okrzykiem „Chwała Wielkiej Polsce” na ustach? Czy raczej po prostu pragnęli wolności i chcieli wyrzucić z kraju okupanta. Bo oni mieli o co walczyć i mieli realnego wroga. W przeciwieństwie do chłopców narodowców, co to z Witoldem Pileckim na klacie walczą z Unią Europejską, Angelą Merkel, Tuskiem i żydowskim najeźdźcą. Wrogowie tak realni jak Oko Saurona. I tylko Pileckiego szkoda. Że tak sobie nim gębę wycierają.

Niemniej zbliżała się 17:00. Połaziłem chwilę po wiadukcie szukając dobrego kadru. Zrobiłem próbne zdjęcia i ustawiłem aparat, tak aby nic już nie zmieniać w trakcie całego wydarzenia. I nagle zawyły syreny. Chłopcy i dziewczęta stanęli na baczności a w ich prawiach zapłonęły race. Zauważyłem, że z lewej strony wysnuwa się czerwony dym. I zaczyna mieszać się z białym dymem rac. Zaczął tworzyć flagę biało – czerwoną. Miałem mało czasu na zrobienie dobrego zdjęcia, bo wiatr zaczynał rozwiewać kłęby dymu. Zrobiłem dosłownie 3 zdjęcia, z których to jedno wyszło tak, że nadaje się do pokazania światu. Chłopcy i dziewczęta z racami i biało czerwony dym. Polska płonie. Polska jest podzielona. Społeczeństwo dzieli się na patriotów i zdrajców. A definicja patrioty zależy od punktu siedzenia. Cała impreza trwała około minuty. 60 sekund dymu i pamięci. 60 sekund okrzyków „Cześć i chwała bohaterom!”. A wszystko wyglądało jak w latach 30tych w Niemczech. Gdy zniewolone umysły narodu niemieckiego wykrzykiwały „Sieg Heil!” na cześć małego człowieka z wąsem. I przeraziło mnie to.

Po tych 60 sekundach ku chwale uczestników Powstania Warszawskiego, całe to narodowe towarzystwo rozeszło się w 30 sekund. Pamięć minęła, zrobiła się cisza i wszystko wróciło do swojego starego rytmu. Jakby te 60 sekund nigdy się nie wydarzyło. I tylko ulice przypominały, że jednak coś się tutaj działo. Bo cała narodowa brać wyrzuciła zurzyte race pod siebie i zaścieliła ulice odpadami. A nic nie wywołuje we mnie większej złości niż bezmyślność i syf na mieście. I pomyślałem sobie czy powstańcy o taką Polskę walczyli? Czy brud pozostający po eventach ku ich czci, to jest to o czym marzyli? Czy ich życie rzucone na stos zasługuje tylko na 60 sekund pamięci i syf na ulicach?

Szapo Ba! Czyli in tributum

Nadszedł ten moment. Anusiakowi skończył się urlop macierzyński i czas jej było wrócić do pracy. Skończył się dla niej okres niekończącej domowej harówki. Przyszedł moment, gdy trzeba było przejąć od żony część obowiązków.

Oleństwo zostało oddane pod opiekę niani. Niestety bajtel nie przeszedł pomyślnie egzaminów wstępnych do żłobka i żadna placówka nie chciała jej przyjąć. Mówili coś o braku miejsc i że frank szwajcarski rośnie w siłę. Ogólnie coś na PiS zwalali. Nic to. U niani grzdylowi jest dobrze i cieszyć się z tego należy.

Jednakże z racji mojego zmianowego systemu pracy, stało się tak, że dane mi było zostać z bajtlem sam na sam na dłużej niż 2 godziny. I to już w pierwszy dzień pracy Anusiaka. Nie powiem aby wizja ta nie wywoływała u mnie chwilowych palpitacji serca. Bo przecież jak to tak, bez Anusiaka na 8 godzin?

Gdy zbliżał się TEN dzień, atmosfera robiła się napięta jak guma w gaciach i gorąca jak rozgrzana prostownica do włosów. Nawet pies bał się wyściubić nosa z kojca. Początek TEGO dnia nie zapowiadał się różowo. Olka obudziła się razem z Anusiakiem. Czyli skoro świt. O 5:30. I nie była przyjaźnie nastawiona do otoczenia. Jej zachowanie odzwierciedlało filozofię „nie mów do mnie z rana”. Znacie to uczucie. Patrzycie na kogoś, a ta osoba chce jedynie abyś się zamknął. I tak było z tym 12 miesięcznym bajtlem. Złość i krzyk. Bo nie mogła się przykleić do jakże pięknego wodopoju w postaci maminych piersi. Damn. Cóż mnie było robić? Nosić i tyle. I kombinować. Mój strach narastał w miarę zbliżającej się godziny wyjścia Anusiaka z domu. Minę jednak twardą i wesołą zachowywałem, bo żona moja była podwójnie zestresowana. Nie dość, że powrót do pracy po 12 miesiącach, to jeszcze dziecko musi zostawić z ojcem karkołomnie nieogarniętym. Więc gdybym okazał choć odrobinę zwątpienia i słabości, gotowa by mnie pozbawić praw rodzicielskich.

Ale nic to. Klamka zapadła. Drzwi się zamknęły. Pozostał głuchy stukot anusiakowych obcasów w oddali. Olka spojrzała na mnie siedząc na rękach. Zrobiła swoją słodką minę i mówiąc „tiu” pokazała, że mam iść do pokoju. I wszystko minęło w miarę sprawnie. 8 godzin zleciało jak z bicza strzelił. Było śpiewanie, było jedzenie, było skakanie, zabawa z lalkami, śledzenie przechodniów w oknie i nabijanie się z kierowców, którzy nie mogli sobie poradzić z automatem parkingowym, było spanie, spacer i wszystkie te rzeczy, które dla dziecka małego najlepsze. Olka okazała łaskę zgredowi swojemu.

Tylko, że prysznic musiałem wziąć około południa, gdy Olka skleiła oko z poduszką. Spacer też nie minął bez przeszkód. Bądź tu człowieku mądry jak ubrać dziecko, gdy żona wytycznych nie zostawiła. A weź zadzwoń z zapytaniem w co ją ubrać. To tak Ci wytłumaczy, że nie będziesz wiedział, że masz takie rzeczy w domu. I w końcu założysz kurtkę, w której najczęściej dziecko dostawałeś idąc na spacer. No i nie można przecież przed żoną pracującą okazać słabości. Zaraz by to się zamartwiało w pracy, że mąż jełop. I ułomny do tego.

Gdy Anusiak wrócił do domu wszystko w miarę grało. Dziecko było całe, bez śladów upadku z dużej wysokości czy uderzenia w komodę. Pies wylegiwał się na kanapie rozłożony jak żaba na liściu. Ja przyjąłem na facjatę maskę „poker face” z delikatnym uniesieniem prawego kącika ust, aby wyglądało, że wszystko gra.

I tylko później naszły mnie pewne refleksje. Bo o to ja spędziłem z Oleństwem 8 godzin, całą uwagę poświęcając tylko jej. Zastanawiające jak to robił Anusiak, że w czasie pobytu na macierzyńskim urlopie potrafiła w ciągu dnia posprzątać dom, zrobić obiad, poprasować, zająć się dzieckiem, wyjść z nim na spacer, zrobić zakupy i inne Bóg wie jakie jeszcze różniste czynności wykonać? Gdy ja podczas 8 godzin sam na sam bałem się do toalety wyjść, o robieniu czegokolwiek już nie wspomnę. Ale to był pierwszy dzień. Minął miesiąc i z każdym kolejnym takim dniem powoli zaczynam się rozkręcać. Potrafię już nawet odkurzyć przy dziecku.

Szapo Ba!!

Niedawno usłyszałem w pracy, jak kolega zwraca się do matki wracającej do roboty po macierzyńskim takimi oto słowami: „No to co? Powrót do pracy? Koniec leżenia plackiem do góry i opieprzania się w domu? Koniec lenistwa?”. Nie podjąłem polemiki z osobnikiem. Bo i nie zwykłem dyskutować z osobami o inteligencji rozwielitki. Droga żono, drogie kobiety matki! Oto wszem i wobec ogłaszam, że za to co robicie na macierzyńskim należy się Wam ogromny szacunek! Bo być z dzieckiem przez cały czas to nie tylko zabawa i gaworzenie do bajtla. To ciężka praca od rana do nocy bez taryfy ulgowej. Nie ma przerwy na kawę, siusiu czy obiadek w każdym dowolnym momencie. Jest krzyczące dziecko (nie zawsze, ale jednak) i dom na waszej głowie. Nie wiem jak to mój Anusiak i wszystkie inne matki robią. Z diabłem konszachty macie i szatańskie w Was przez to zdolności siedzą. Jedno jest pewne: urlop macierzyński to ciężka praca na 3 etaty! I nazwa urlop pasuje do niego jak świni siodło.

P.S. Drogi Anusiaku! Ten tekst jest dla Ciebie