Moja przygoda z Deep Purple zaczęła się w lutym 2000 roku. Będąc wówczas w 1 klasie liceum zaczynałem uczyć się dobrej muzyki. Powoli docierała do mnie świadomość, że nie zostanę miłośnikiem techno czy hip-hopu tylko pisany mi jest szeroko rozumiany rock’n’roll, hard rock czy metal. Znałem już kilka zespołów, ale słyszałem pojedyncze kawałki. Niestety internet nie panował wtedy w każdym zakątku wszechświata. Nie można było słuchać płyt na swoich smartfonach. Bo ich nie było. Płyty albo się miało, albo pożyczało od kumpli, albo nagrywało z radia. Pomagał w tym Program Trzeci Polskiego Radia. I było pięknie.

I tak pewnego lutowego popołudnia zobaczyłem w księgarni płytę Deep Purple „Made In Japan” za jedyne 8 zł. Biorąc pod uwagę to, że papierosy kosztowały wówczas 3,50 zł, a obecnie są 5 razy droższe, to cena porównywalna do dzisiejszej. Nie patrząc na nic kupiłem płytę. Podekscytowany dpobiegłem do domu i włożyłem do odtwarzacza. Dźwięki jakie zaczęły się sączyć z głośników zaparły mi dech w piersiach i sprawiły, że do końca zakochałem się w hard rocku. Płyta niemalże idealna. Rock’n’roll mną zawładnął.

Przez następne lata Deep Purple wielokrotnie przyjeżdżali do Polski, a mnie zawsze nie było po drodze z ich koncertami. Najbardziej przeżyłem rok 2004 i koncert w Szczecinie. Był to koniec czerwca i koniec pierwszego roku studiów. Jakżesz go nie uczcić ze znajomymi na stancji. Nie mogłem się wybrać przez to na koncert. Ale mieszkanie miałem tuż przy stadionie na ul. Litewskiej. I siedząc w oknie słuchałem jak powietrze wypełniają dźwięki Smoke On The Water.

I przyszedł rok 2015. Przyjeżdżają. I na urodziny dostaję bilet na Deep Purple. Jadę! Niestety nikt ze znajomych się nie wybierał i musiałem w wyborczą niedzielę 25 października w samotności siedzieć w aucie i oglądać mijane krajobrazy autostrady A2 w drodze do Łodzi. Dłużyło się strasznie.

Gdyby pod Atlas Areną w niedzielę po godz. 18:00 znalazła się osoba nie będąca miłośnikiem starego rocka, to pomyślałaby że w hali odbywa się geriat party, a co niektórzy zabrali wnuki, w razie gdyby zapomnieli drogi do domu. Średnia wieku 50+. Ale było coś magicznego wśród tej młodzieży z brzuszkami, przerzedzonymi włosami i pękami siwych włosów. Gdzieniegdzie przewijali się starzy rock’n’rollowi wyjadacze, którzy przez 70 lat swojego życia nigdy nie porzucili swoich ideałów i przekonań, a długie włosy ciągnęły się do pasa, zasłaniając napisy na wysłużonych ramoneskach, które niejeden koncert przeżyły. Brodaci starzy metale. Kwintesencja rock’n’rolla. A był tam cały kwiat młodzieży lat 70. XX wieku: emeryt w garniturze z krawatem w stylu „Dudusia” Fąferskiego, rencista z wnukiem-młodym miłośnikiem Iron Maiden, Pani w wieku 55 w różowej garsonce, czy Pani 60+ w srebrnych spodniach i wyglądzie a’la wczesna Ostrowska i wiele, wiele więcej zacnych osobistości. I bez względu na wygląd, status społeczny i pochodzenie wszyscy oni mieli w oku ten błysk młodości. Jakby znowu byli w latach 70. i przygotowywali się do matury.

Wśród nich biegała młodzież, która rzeczywiście w tym roku przygotowywała się do matury. I oni też byli podekscytowani, że w końcu zobaczą kogoś, kto wpłynął na to, że zapuścili długie włosy przykrywające im pryszczate twarze. Jakbym widział siebie w 2002 na Ozzfeście w Katowicach. Jezu jaki ja brzydki byłem.

Do hali wszedłem za wcześnie. Młodzież zbierała się niemrawo.

Punktualnie o 20:00 na scenę wskoczył Grzegorz Kupczyk z zespołem Ceti. Było dobrze. Nie będę się rozpisywał na ich temat, bo po prostu fanem nie jestem. Jedno jest pewne: była moc i żywioł. Na pewno skłonili mnie do tego żeby zapoznać się bliżej z ich dyskografią. Kupczyk dla niejednego obecnego w Atlas Arenie zrobił wielką niespodziankę. Z okazji 25 lecia zespołu Ceti zagrał Turbo…. I to jak zagrał. Wysoka półka – „Dorosłe Dzieci”. Niejednemu się łza w oku zakręciła. Bo to piosenka ponadczasowa. Sam przecież mając 19 lat wykrzykiwałem jej wersy razem z kolegami, nie wiedząc co począć ze swoją przyszłością po maturze. I jak to tak na żywo Kupczyk zawył, to aż ciary po plecach przeszły.

Ceti skończyło o 20:45. Naoliwili kopytka lekko zardzewiałej młodzieży przed głównym smaczkiem wieczoru. Po scenie krzątali się techniczni a na widowni wyczuwało się coraz większe poruszenie. Tętno dobijało do 180, co przy średniej wieku w Atlas Arenie było dosyć niebezpieczne. I nagle o 21:15 zgasło światło a halę wypełniły dźwięki utworu Gustava Holtsa „Mars, The Bringer Of War”. A zaraz po nim nastąpiła eksplozja dźwięku i światła w utworze „Après Vous” a na scenie stali oni. Roger Glover, Ian Paice, Ian Gillan, Don Airey i Steve Morse. Pokaźne stadko 70 – 60 letnich dinozaurów. I grali jakby na świecie nie istaniało nic innego tylko ich muzyka. Nie dało się od nich oczu oderwać. Wszystko współgrało idealnie. A oni poruszali się po scenie jakby nadal mieli po dwadzieścia kilka lat. I zrobili coś magicznego. Nagle oto na widowni nie było gromady emerytów i rencistów. Atlas Areną zawładnęło stado 18 latków. A oni grali. Przeszli płynnie do „Demon’s Eye” a następnie do „Hard Lovin’ Man”. Ian Gillan ograniczał rozmowy z publicznością pomiędzy utworami do minimum. Najważniejsza tego wieczoru była muzyka. Po „Strange Kind of Woman” przyszedł „Vincent Price”. W tym utworze Purple pokazali, że potrafią grać mocno i soczyście. Po tym  nastąpiło solo gitarowe Steve’a Morse’a i dalej jego popisy w „Uncommon Man” i „The Well-Dressed Guitar”. Wszysto było ładnie i pięknie, ale wśród widowni rosło napięcie. Bo w końcu na co się czeka na koncercie Deep Purple jak nie na „Smoke on the Water”. Ale panowie na scenie odsuwali ten utwór coraz dalej w czasie, skutecznie budując napięcie. Po „The Mule” nastąpiło solo Iana Paice’a na perkusji. I było w tym coś idealnego. Miękkość gry sprawiała wrażenie, że to takie proste. Perkusja była wyważona akustycznie po mistrzowsku. Dźwięki stopy idealnie przechodziły przez ciało wybijając rytm. A do tego gdy Ian Paice grał przy całkowitej ciemności ze świetlnymi pałeczkami, wyczuwało się coś magicznego. Jakby rysował światłem muzyczną pięciolinię.

Dalej nadszedł czas na zupełnie nowy nikomu nieznany utwór. Widać, że dinozaury szykują nową płytę. Następnie zagrali „Silver Tonque” i „Hell To Pay”, po którym Ian Gillan powiedział: „A teraz nadszedł czas”. I wszyscy myśleli, że to już, że to teraz właśnie w tej chwili z głośników poleci znany na całym świecie riff „Ta Ta Taaa, Ta Ta Taaa Daaa”. Ale nie. To Don Airey rozpoczął wariacje na klawiszach swoich instrumentów. I gdy tak wydobywał coraz bardziej płaczliwe dźwięki organów hammonda, pomyślałem „No tym solo to Ty mnie nie kupisz chłopie”. I nagle jakby usłyszał moje myśli i urwał, a spod jego palców zaczęły uciekać kolejne nuty utworów Chopina. Publicznośc oszalała. Myślę, że spokojnie 3/4 sali w tym momencie wydarłoby pierwszą nagrodę Konkursu Chopinowskiego Seong Jin-Cho i dało ją dla Dona Aireya. A jeszcze jak całość zwieńczył taktami zwrotki „Mazurka Dąbrowskiego” kupił widownię bez reszty. I mnie też. 

Następnie panowie uraczyli nas dźwiękami „The Battle Rages On” i „Space Truckin'”, po którym nagle tak bez ostrzeżenia i zapowiedzi Steve Morse wyrzucił na gitarze legendarny riff „Smoke on the Water”. Zupełnie jakby to był utwór jeden z wielu a nie ołtarz wyznawców hard rocka! Publiczność na ułamek sekundy oniemiała jakby uderzona obuchem, ale szybko się otrząsnęła i zawyła z zachwytu. Aż chciałoby się żeby ten utwór się nie kończył. Ale jednak. Skończyli i zeszli ze sceny. Wiadomym było, że jeszcze wrócą na bis, na którym zagrali „Hush”, po którym nastąpiło świetne solo basowe stojącego z boku Rogera Glovera, a na koniec poczęstowali nas legendarnym „Black Night”. I to już. Zeszli ze sceny. Zapaliło się światło. I trzeba było opuścić Atlas Arenę. W tłumie wychodzącym z hali nadal wyczuwało się młodzieńczą iskrę i zapał do działania. Deep Purple naładowało baterie swoim fanom do czasu następnego swojego koncertu. I kto wie czy na ten również się nie wybiorę.

P. S. Jako bloger muszę iść z duchem czasu i narzędzi dostępnych w social mediach. Relację prawie na żywo z wyprawy i z koncertu można było śledzić na Snapchacie. Nick: Karkolomny. Zapraszam 🙂