Postanowiłem wziąć udział w konkursie National Geographic i Cyfrowego Polsatu. Nie zależy mi na wygranej. Chcę sprawdzić czy moje zdjęcia są w stanie kogoś zainteresować i zwrócić czyjąś uwagę. Konkurs kończy się 30 września. Zdążę jednak dodać jeszcze kilka zdjęć. Każda fotografia będzie okraszona krótką historią stworzenia.

Głosuj TUTAJ

Temat do powyższego zdjęcia siedział mi w głowie od pół roku jak nie dłużej. Codziennie przejeżdżałem tym wiaduktem do pracy i codziennie w głowie miałem, że to zacne miejsce na zdjęcia o zachodzie jest. Co chwila zdarzało mi się to wypowiedzieć głośno. Po 10 takiej wypowiedzi Anusiak zaczął mnie strofować “Zamknij ten głupi ryj i przyjedź zrób zdjęcie”. Po 100 zaczęła mnie bić w aucie. No weź tu się zbierz jak zawsze coś człowieka od wyjścia z domu odciąga. A to “Klan”, a to “Na Wspólnej”, a to “M jak miłość”. Wiadomo jak jest. Ciężko odrabia się pracę domową z takim repertuarem w telewizji i wszystko odciąga Twoją uwagę.

No, ale w końcu się zebrałem. Założyłem polarek i pojechałem na wiadukt. 25 kwietnia był. Wieczór. Niby ciepło a ze Skandynawii przypałętał się jakiś chłód. No wiało niemiłosiernie na wiadukcie. Mój styrany statyw wymagał dodatkowej stabilizacji, więc musiałem go za hak obciążyć plecakiem. Mimo wszystko zdjęcia jakoś mnie nie wychodziły. Żadna fotografia nie była zadowalająca. Dodatkowo w głowie miałem ujęcie pięknych rozciągniętych samochodowych świateł, a tu jak na złość ruch mizerny. 1 auto na 15 minut. Nie chciałem robić złożenia kilku zdjęć w Photoshopie, bo zależało mi na 1 porządnym zdjęciu. I stałem tak na wiadukcie, a naokoło niczego nie było widać. Zimny wiatr sprawił, że moje palce stały się zgrabiałe i coraz trudniej było zmieniać ustawienia w aparacie. Śpik mnie wisiał po piąty knefel*. Moje myśli kierowały się już do samochodu i odjazdu do domu.

Gdy nagle w oddali zauważyłem kolumnę pojazdów z transportem gabarytowym. Wiedziałem, że to jest to. Akurat jechały ciężkie wózki widłowe z Kalmara. Czyli firmy co to daje mi wikt i opierunek. Ustawiłem aparat, sprawdziłem ustawienia, chwyciłem pilota w dłoń i czekałem. Sekundy mijały. Czas się dłużył. Ja coraz bardziej się bałem, że moje zgrabiałe ręce nie zsynchronizują się z wysyłanym przez głowę impulsem do naciśnięcia spustu i cały misterny plan w pizdu. Auta były coraz bliżej. Sytuacja zrobiła się napięta jak guma w gaciach. Nacisnąłem. “Chyba się zgrało?” – pomyślałem. Teraz było już tylko czekać. Czas naświetlania ustawiłem na 30 sekund. Trwało to wieczność. Auta przejeżdżały a ja coraz bardziej myślałem, że coś pójdzie nie tak. Usłyszałem, że lustro się zamknęło. Widzę to zielone światełko z tyłu korpusu aparatu i czekam, aż na wyświetlaczu pojawi się te kilka megapikseli szczęścia. Trach! Na pierwszy rzut oka bez zastrzeżeń. Sprawdzam histogram – no prawie idealnie. I tak minęły 2 godziny w zimnie tylko po to, żeby ustrzelić 1 (słownie jedno) zdjęcie warte podzielenia się ze światem.

Ustawienia: Nikon D5300, Nikkor 18-105, f/14, ISO 100, 30s, ogniskowa 18 mm

*Gil z nosa wisiał mi po piąty guzik w koszuli