Połowa lipca. Nadszedł czas upragnionego urlopu. Bilety samolotowe kupione pół roku wcześniej. Toskania wyczekiwała naszej wizyty niczem nasłonecznione zachodniopomorskie plaże zorganizowanego najazdu Januszy z Wielkopolski i Dolnego Śląska. Mówiąc krótko – jakbyśmy wylądowali na plaży w Mrzeżynie, to nikt nie zauważyłby różnicy. Ale spakowani ruszyliśmy w drogę podjarani jak afrykański imigrant na wejście na statek do Europy.

Problemy pojawiły się na lotnisku w Berlinie. Jak to zazwyczaj próbując wrzucić bagaż podręczny do luku, żeby się z nim nie tarabanić przez te wszystkie bramki, okazało się, że trzeba zapłacić za to 6 Euro. Myślę „nie będzie Niemiec pluł mi w twarz i nie dam zdziercom zarobić”. I gdy już miałem wykrzyczeć „verfluchten banditen” i niczem Jan Maria Rokita rozpocząć wojnę z germańskim okupantem, oprzytomniałem. Przecież w podręcznym jedzie 2 kilo krakowskiej, 3 pętka zwyczajnej, 1,5 kilo kabanosów, żubrówka i koper dla ciotki Haliny, co to we Włochach już 30 lat mieszka. Myślę „ciul z tą kiełbasą i żubrówką, ale jak mnie za 20 gram kopru zwiną, jak za próbę przerzutu narkotyków?”. No to potulnie schyliłem głowę i poszedłem zapłacić te 6 Euro haraczu, pod nosem wyklinając na niemieckich bandytów. Reszta już poszła gładko. Wylecieli, dolecieli, dojechali do ciotki, która na przywitanie ugościła nas iście po polsku wielką włoską kolacją.

Pierwszego dnia postanowiliśmy skromnie przespacerować się po kurorcie Montecatini Terme. Wyszliśmy na miasto jako ten Janusz z Grażynką, czując się jak państwo na włościach, bo przecież wszyscy miejscowi wyczekiwali naszego przyjazdu, abyśmy mogli zostawić tutaj swoje miliony. Nobless oblige, czyli płacę to wymagam. I gdy tak szliśmy wieczorem po centrum poczułem, że nie jestem tu jedynym Januszem, który przechadza się jak po swoim. Ścisk jak we Władysławowie w pełni sezonu. Nijak przejść na spokojnie a zewsząd wołały nas kolorowe wystawy straganów, zachęcające lukrem i tombakiem. No Zakopane pełną gębą. Brakowało tylko zdjęć z białym misiem. A każdy z turystów wylał na siebie chyba cały flakonik perfum, bo to przecież jakoś słonawą woń potu cieknącego po plecach trzeba zagłuszyć. I powietrze wypełnione było słodyczą pachnideł, które w połączeniu z klaustrofobicznym turystycznym ściskiem przyprawiały o mdłości. „Nic to” mówię do swojej Grażynki „jutro będzie lepiej, jedziemy na plaże”. Anusiak uśmiechnął się z politowaniem i rzekł pobłażliwie „Oj, Janusz, Janusz”.

Pobudka następnego dnia nie była zachęcająca. Obudziły mnie krople potu kapiące z czoła. Ukrop! Dżizas, jak tu się porządnie rano na wakacjach browarka napić? W Mrzeżynku to bym wyszedł przed namiot, strzelił januszowy hejnalik i byłbym szczęśliw do końca dnia. A tutaj? Dyć wypicie browaru przy 32 stopniach o 7:00 rano sprawi, że zasnę do 15:00. I cały dzień w plecy. A poza tym jakiego browaru, jak tu tylko wino piją. I nawet słodkiego nie ma tylko wszystko kwaśne i wytrawne. I tak już 3 dnia zamarzyła mi się Polska. A tu mnie Anusiak ciągnie na wycieczki jakoweś po Italii! Dobrze, że chociaż potrafi po ichniemu, to mnie sprzedawca kanapek na Euro nie oszuka. No ale wstałem i ruszyliśmy nad morze. Środek tygodnia był, to chociaż plaża w połowie wolna. Przyjemny wiaterek niwelował ten piekielny gorąc. Można było wejść do wody. A ta słona pieruńsko, jak zupa ogórkowa na zakładowej stołówce. Co mnie z tego, że nieziemsko czysta, jak pali język i szczypie w oczy? To już wolę ten nasz rodzimy Bałtyk z sinicami i mazutem. Ale przynajmniej swój. Niesłony, zimny, pachnący śledziem, cudowny!

Przeżyłem te kilka dni. Na przemian wycieczki i morze. Anusiak zaplanował. Po 10 dniach na wypożyczonym aucie miałem przejechane 1700 km. Jak widzę kluczyki od auta, to mam ochotę ciepnąć je w otchłanie Hadesu. I jeszcze to jedzenie. Tylko pasta, makaroni, risotto i owoce morza. A gdzie ziemniaczek, karkóweczka i schabowy? Te kilka dni z prosciutto, salami i serem sprawiło, że ochota mnie na golonkę wzięła. Przypomniałem sobie o kabanoskach w lodówce ciotki Halinki. To mnie Anusiak zatrzymał i zrugał niemiłosiernie. „Stop jełopie, to dla ciotki, ty sobie w Polsce zjesz” – rzekła i dała kopa do pokoju. A mnie w sennych omamach taki obraz się ukazał: ja, cały na biało, na ogrodzie swoim kosztując kabanoska, popijając czystą Luksusową i zagryzając kiszonym tudzież małosolnym. Wyborowo! A tutaj ani Żytniej, kabanoski zamknięte w sejfie, a kiszonego to sobie mogę wyguglować.

I tak jak zwiedzałem i próbowałem wypocząć nad słoną wodą zacząłem się zastanawiać, jak te wszystkie ludzie wytrzymują te wakacje All exclusive? Gorąco, słono, rozwodnione drinki, denerwujący rezydenci i jeszcze bardziej irytujący hotelowi animatorzy. Ale każdy Janusz wrzucić musi na fejsbuczka zdjęcia z plaży przy 37 stopniach, że jest cud, miód i orzeszki! Zarzekając sie przy tem, że w Polsce to jest be i syf. A ja tam kocham nasz kraj i następne wakacje zamierzam spędzić deszczowo w zachodniopomorskim kurorcie! Lepsze to niż męczyć się w luksusach i udawać żem Pan!

P.S. Jeszcze tu siedzę w Italii. Pisząc to jest 37 stopni. Smoła na ulicy sie gotuje. Po powrocie opiszę wam jednak co tu ciekawego można zobaczyć, co dobrego zjeść i jak przeżyć bez narzekania.