Dawid Podsiadło. Wokalny talent znany powszechnie w kraju nad Wisłą. Gdy wydał płytę i ogłosił trasę koncertową, pomyślałem że warto by się wybrać, posłuchać, odstresować troszeczkę. Anusiak chłopaka uwielbia, ja lubię i szanuję.  Uznałem, że trzeba zrobić tę przyjemność żonie i pojechać na koncert. Niestety bilety kupiłem w ostatniej chwili, przez co zdobyłem miejscówki przy toaletach. Ale było warto. 01.12.2018 roku w hali Netto Arena w Szczecinie zatrzęsła się pode mną muzyczna ziemia i sprawiła, że pokochałem tego młokosa z figlarnym wąsem. I zapamiętam ten dzień jako jeden z najpiękniejszych w moim życiu.

Korki w Szczecinie, spowodowane ściągającym na koncert zewsząd ludem jak i remontami drogowymi, sprawiły, że do hali dotarliśmy 10 minut przed planowym rozpoczęciem koncertu. W Netto Arenie dopadło mnie uczucie wielkiego zdziwienia. Oto 80% uczestników koncertu to kobiety, a jakieś 50% z nich nie mogło jeszcze legalnie browaru zakupić. Powietrze przeszywała słodycz perfum. Armani, Michael Kors, Calvin Klein, Lacoste i inne droższe lub tańsze śmierdziuchy mieszały się w jedną mdlącą woń pachnidła drażniącego ze wszech miar zmysł węchu. Wszystkie one wylały na siebie hektolitry zapachów, jakby w nadziei, że Dawid wyczuje je ze sceny i poprosi o rękę.

Zazwyczaj bywam na koncertach, gdzie średnia wieku to 60 lat, a uczestnicy to starzy metale z brodami do pasa, w znoszonych skórach pamiętających lata 70te, okraszonych solidną ilością potu z motocyklowych wycieczek. Taki męski, swojski, przypominający ciepło domowego ogniska smrodek. Ja lubię. Dodatkowo większość  dla pobudzenia zażywa skrycie Geriavit Pharmaton w połączeniu z Viagrą i solidną ilością rudej na myszach. Połowa doczłapuje się na koncert z maską tlenową albo pchani na wózkach inwalidzkich. Na każdym z koncertów Deep Purple, Black Sabbath, Ozzy’ego, Slayera, Rogera Watersa czy Dream Theater zaniżałem średnią wieku. Na koncercie Podsiadło niestety podwyższałem ją. „Czas się zaopatrzyć w Geriavit” – rzekłem. Na szczęście żona nic nie wspomniała o Viagrze, więc chyba jeszcze tak źle nie jest.

Na koncertach jak każdy szanujący się fan dobrej muzyki kieruje swoje pierwsze kroki do wodopoju. Do ożywczego źródełka złocistego trunku. Zaprowadziłem więc swoją łajzę na miejscówkę i udałem się po piwo. Od razu dostałem z buta w twarz – kolejka na 30 minut stania. „Boże, ile ta młodzież chleje?” – pomyślałem. Bo średnia wieku na 200 osób w kolejce wynosiła 18 lat. Jak dołączyłem to podskoczyła do 25. Pokornie stanąłem na końcu ogonka. Po 10 minutach zacząłem wypędzać bumelantów, co to ukradkiem próbowali wcisnąć się przede mnie do kolejki. Gdy im pokazywałem gdzie jest koniec, to nagle większość sobie przypominała, że są abstynentami i dla zaspokojenia pragnienia napiją się  kranówy z kibla. Jednak nie oni byli najbardziej irytujący. Na podwyższenie mojego ciśnienia działali obywatele podchodzący z pytaniem „Przepraszam, do czego ta kolejka?”. Czy ja wyglądam na słup ogłoszeniowy? Z moim zakazanym ryjem ludzie nie powinni do mnie podchodzić. A jednak zawsze, powtarzam ZAWSZE, podchodzą do mnie z irytującymi pytaniami. Do 20 osoby spokojnie odpowiadałem zgodnie z prawdą. Po tej magicznej liczbie zapragnąłem urozmaicić swoje odpowiedzi czymś w stylu:

Ja mam po prostu czasem wrażenie, że wraz ze wzmożoną ekspansją smarpthonów ludziom zeżarło 3/4 mózgu. No jak nie ma aplikacji, to nawet nie wiedzą, że trzeba iść do kibla się wysrać. Ci co mnie znają wiedzą, że jestem do cna złośliwy, cyniczny, sarkastyczny i w ogóle to zachowuję się jak stary tetryk. W związku z czym zacząłem urozmaicać swoje odpowiedzi i mówiłem:
„Nie wiem, koledzy mnie zostawili i kazali czekać”, „Podobno na końcu kolejki można przybić piąteczkę z Dawidem”, „Do toalety”, „Jaka kolejka?”, „Do lepszego jutra” itd. itp. W pewnym momencie z hali dobiegło poruszenie. Na telebimach pokazały się napisy, że oto koncert za chwil parę się zacznie. Ja miałem jescze jakieś 15 minut do upragnionego źródełka. Większość towarzyszy niedoli z kolejki poleciała do barierek zobaczyć, co to będzie i czy to prawda, że Dawida spuszczą z dachu na spadochronie. Ja tam, uznałem, że stoję dalej. Na Black Sabbath nie zobaczyłem początku, bo kolejka do piwa się zapchała, to i dla Podsiadło nie będę robił wyjątku. Ale dach obserwowałem. Nie zobaczyłem żadnego spadochronu. Tylko mi żona po koncercie powiedziała, że w ciulika wszystkich zrobił i spod sceny wyjechał. Michael Jackson w mordę. Kolejka nieubłaganie pchała mnie do kresu niedoli. W tle leciały pierwsze koncertowe utwory: „Forest”, „No”, „Najnowszy Klip”. Patrzę a przede mną jakieś 5 osób do piwerka. Ale przy nalewaku jakieś dziwne poruszenie. Sprzedający krzątają się jak w ukropie i wykonują nerwowe ruchy. I nagle wychodzi hasło: „Przepraszamy, ale mamy awarię sprzętu z przyczyn od nas niezależnych i nie wiemy czy uda nam się ją naprawić. Niestety na razie piwa nie sprzedamy”. W głowie mojej zagrzmiało:

Wyobrażacie sobie co się stało w kolejce? Tam prawie zamieszki wybuchły jak w Paryżu. Kobita, co to pierwsza stała i już wargi oblizywała z myślą o smaku piwerka, dostała takiego ataku agresji, że nawet babci klozetowej zaczęła sądem grozić. Histeria połączona z agresją. Uznałem, że nie będę czekał aż uda im się naprawić usterkę. Zapomniałem wspomnieć, że obok była druga kolejka. Długa na 2 osoby. Do żarcia. I sprzedawali w niej bezalkoholowego Lecha Ice Shandy. Zniosłem tą pogardę i kupiłem tego pozbawionego procentów szczocha. Udałem się na miejsce. Żonie powiedziałem, że na koncercie jest tyle młodzieży, że obawiali się pozwów o rozpijanie nieletnich. Nie uwierzyła. 

Gdy schodziłem do naszej miejscówki, ze sceny wybrzmiewały ostatnie takty utworu „Dżins”. Nie spodziewałem się widoku muzyków czerpiących taką radość z widowiska, które tworzą. Dziewczyny z chórków tańczyły, Dawid się bawił, chłopaki z instrumentami byli skupieni na swojej robocie. Ale ze sceny bił niesamowity profesjonalizm. Usiadłem obok żony i zacząłem się delektować spektaklem. Scena jaką nie pogardziliby The Rolling Stones. Wizualizacje, podwieszane ekrany, opuszczane płachty, na środku zauważyłem dwie kamery. Niedawno widziałem podobne zaplecze na koncercie Rogera Watersa. 

Z każdym mijającym utworem „Co mówimy?”, „Cantate Tutti”, „Elephant”, „Pastempomat” widziałem jak Dawid bawi się muzyką, z jakką lekkością przychodzi mu śpiewanie i jaką radość mu to sprawia. Następnie przyszedł czas na „Trójkąty i kwadraty” w zmienionej ale jakżesz ciekawej wersji. Przed utworem „Block” Podsiadło trochę się pośpieszył i zapowiedział cover „Bóg” T. Love. Chyba w słuchawkach techniczni podpowiedzieli mu, że będzie co innego. Oba utwory jednak wyszły genialnie. Po tym poszły „LIS”, „Nieznajomy”, który płynnie przeszedł w „Tamagotchi” (cover Taconafide). Publiczność była rozgrzana do granic czerwoności. Ze sceny jak i z widowni płynęła masa pozytywnej energii. Odnosiło się wrażenie, że coś ciekawego połączyło artystów z publicznością i daje to obu stronom dużo dobrej zabawy. 

Następnie przyszło lekkie spowolnienie i ostudzenie emocji. Na scenie pozostał sam Dawid za fortepianem. Z głośników poleciał melancholijny utwór „Nie kłami”, który to po krótkich popisach solowych przeszedł w „Project 19”. Palce lizać. Dało się wyczuć, że nastąpił pewien moment kulminacyjny koncertu i następne utwory będą prowadzić do zakończenia. I zagrali „Nie ma fal”. Po raz pierwszy usłyszałem jak publika wyśpiewuje refren razem z Dawidem. Netto Arena żyła. Zaczęła stanowić osobny byt, który unosił się gdzieś w kosmosie. Jej serce biło, a krew w jej żyłach tłoczyła płynąca z głośników muzyka. Po „Nie ma fal” zespół Dawida Podsiadło zagrał mój ulubiony utwór „Trofea”. Jeszcze w samochodzie go słuchaliśmy z żoną, drąc przy tym paszcze jak na dwa wokalne beztalencia przystało. Czyli głośno z jeszcze głośniej puszczoną muzyką. W Netto Arenie, na żywo aż zacząłem żałować, że mam miejsca na trybunie. Kolana zaczęły mi podskakiwać jak penciny Kasztanki Marszałka i wyrywać się do tańca jęły. Dalej było jeszcze lepiej, bo zagrali „W dobrą stronę”. Aż żal było nie tańczyć. Po tym utworze muzycy kurtuazyjnie pożegnali się z publicznością i zeszli ze sceny. Wiadome było że wrócą, bo Dawid chwilę wcześniej zapowiedział, że oczywiście bedzie BIS i on nie rozumie za grosz tej instytucji i jak to i z czym się powinno jeść.

Wrócili po kilku chwilach i zagrali „Trójkąty i kwadraty” w pierwotnej wersji. Po tym poszedł hit tego lata. „Małomiasteczkowy”. Chyba nie było osoby w Netto Arenie, która by tego nie śpiewała. No nie dało się. Ilość pozytywnej energii jaka została przekazana publiczności w tym kawałku przeszła najśmielsze oczekiwania. Zakończyli jak to na wielkie koncerty przystało – spokojnie. „Matylda”, czyli utwór, który zamyka też ostatnią płytę. Było pięknie i melancholijnie. I aż żal zaczął ściskać gardło gdy kolejni muzycy żegnali się z publicznością schodząc ze sceny. Ostatni zszedł kapitan skatku. Dawid.

Koncert prowadzony był pod jednym hasłem – miłość. W kilku momentach na telebimach pokazywane były rozmowy z osobami w różnym wieku, które opowiadały czym jest dla nich miłość, co to oznacza i jak się ją powinno przeżywać. Historie to wywoływały salwy śmiechu, to wiązały gardo a do oczu napływały łzy. Niedawno usłyszałem od znajomej osoby, że płyta „Małomiasteczkowy” to tandetne teksty wyśpiewywane przez zranionego 17 latka. Otóż oficjalnie chciałbym powiedzieć, że się z tym nie zgadzam. Po pierwsze uważam tą płytę za najlepszą w dorobku Dawida Podsiadło. Wyróżnia się w warstwie muzycznej – piękne i dopieszczone linie melodyczne. W warstwie lirycznej – dojrzałość i przekaz czym jest miłość i jak potrafi namieszać w życiu człowieka. Jak rani, jak zaskakuje i jak bardzo nie możemy bez niej żyć.

Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki koncertu i wszyscy zeszli ze sceny w Netto Arenie nastąpiła cisza i ludzie powoli zaczęli wychodzić. Jednak każdy czuł, że przeżył tego wieczoru coś wspaniałego. Dawid niejednokrotnie tego wieczoru podkreślił, że jest to dla niego najlepszy koncert tej trasy. Myślę, że nie była to zwykła kurtuazja. Że tego wieczoru naprawdę miałem okazję uczestniczyć w czymś wspaniałym i podniosłym. Że nie była to zwykła sztuka dla sztuki, a naprawdę dane mi było przeżyć prawdziwe katharsis. Dawid Podsiadło pokazał, że jest absolutnym numerem jeden na muzycznej scenie Polski. Wszystko było dopracowane i dopięte na ostatni guzik. W niczym nie było przypadku a jednocześnie czuło się płynącą ze sceny lekkość i elementy improwizacji. Na osobny artykuł zasługuje interakcja Dawida z publicznością. Myślę, że gdyby nie został muzykiem, mógłby być jednym z najlepszych stand uperów w Polsce. I jeszcze jedno: gdybym miał w kieszeni miliony monet i garść godzin wolnego czasu, to pojechałbym na każdy koncert tej trasy. Naprawdę warto!