Na studiach pracowałem w kinie. Niejeden film obejrzałem. Bywały gorsze i lepsze. Niejednokrotnie widziałem jak ludzie wychodzili z kina, bo nie dało się czegoś oglądać. Zawsze mówili do mnie: „Dlaczego takie gówno puszczacie?”. Jakby to ode mnie zależało, co jest nagrywane i wyświetlane w kinach. Kocham kino. Żona moja czasami nie wierzy, że oglądałem jakiś zakopany pod kurzem zapomnienia film (chociaż po 4 wspólnych latach przestała się dziwić). Dlatego poszedłem na „Smoleńsk”. Żeby móc go Wam opisać. I żeby zrozumieć ludzi, którzy wierzą w zamach.

Pragnę pozbawić swoją recenzję jakichkolwiek politycznych powiązań. Jenak momentami się nie da….

Wszyscy wiemy co się wydarzyło 10 kwietnia 2010 roku. Każdy z nas robił wtedy coś innego. Ale z racji tego, że była sobota po piąteczku, to większość społeczeństwa robiła to samo: kacowała. Dlatego też do większości informacja o katastrofie prezydenckiego samolotu nie docierała. Myśleli, że to jakiś spóźniony prima aprillis tudzież tak pochlali, że im się czasoprzestrzeń załamała i są znowu w 2001 roku 11 września. Ale jednak to była prawda. Mój skacowany kolega gdy usłyszał o katastrofie Tupolewa zakrzyknął: „Tu polej!”. I tak tupolewaliśmy do końca soboty. Jedyną piękną rzeczą w tamtym czasie było to, że cały Naród był zjednoczony. Mówił jednym głosem. Dopiero po kilku dniach powstały podziały na zwolenników zamachu i przeciwników chowania Prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Wawelu.

Wybierając się na „Smoleńsk” wiedziałem czego się spodziewać. Domyślałem, się, że nie jest to film najwyższych lotów. Gdy koledzy i żona pytali się mnie „Po co tam leziesz” odpowiadałem z uśmiechem i przekorą: „Żeby poznać prawdę”. Anusiak skomentował to jednym słowem: „Debil”. Koledzy byli trochę bardziej dyplomatyczni. Ale nie przytoczę co mówili. Żona doradziła, abym zaopatrzył się w jakąś setunie albo dwie, bo mogę tego nie wytrzymać. Dobra kobita. Nie ma co. Przezornie poszedłem za jej radą, bo przecież żony się trzeba słuchać.

Gdy wszedłem na salę kinową doliczyłem się około 70 osób. Szybki rzut oka. Większość miłośników zamachu. Zmierzyli mnie wzrokiem na wejściu i poczułem na sobie pogardliwe spojrzenia. Wyczuli, że nie jestem po ich stronie.

Już pierwsze sceny „Smoleńska” nie pozostawiają złudzeń. Był zamach. Rosyjski Ił przelatuje nad lotniskiem Siewiernyj i słychać meldunek pilotów „Ładunek zrzucony”. Pomyślałem „O kurwa…” i w pośpiechu pociągnąłem łyk okowitki, w którą nakazała mi się zaopatrzyć żona. Teraz już w spokoju mogłem czekać na rozwój sytuacji. Ukoiłem skołatane serce. I w sumie to nie wiem co mam Wam napisać o tym filmie.

To, że jest mierny to mało powiedziane. Film sam w sobie jest żałosny. Oglądając grę Beaty Fido (odtwarzającej rolę głównej bohaterki) czułem wstyd i nie mogłem na nią patrzyć. Nie potrafiła nawet porządnie zagrać osoby pod wpływem alkoholu. A przecież każdy Polak potrafi udawać pijanego. Beata Fido nie potrafi. Więc wyobraźcie sobie jej kunszt aktorski. Po 20 minutach zaczęła mnie nawet drażnić drętwota dialogów. Wszystko to takie płytkie i przewidywalne było, że nie dość, że nie dało się na to patrzyć, to i nie dało się tego słuchać. Przykładowy tekst „To nie jest prosta sprawa, a nawet wręcz przeciwnie”. Zastanawiałem się czy robią z widzów debili, czy to jakiś polityczny przytyk do Lecha Wałęsy.

Nic mi w tym filmie nie grało, co mogło by dać choćby krztynę nadziei, że film mógłby powalczyć o Oscara. Ale na pewno dostanie jakąś nagrodę od ministra Glińskiego. Albo złoty medal od Antoniego. Dobra. Miało nie być polityki.

„Smoleńsk” po prostu nie wciąga. Nie ma w nim choćby momentu, w którym widz musiałby się zastanowić, pomyśleć co może się wydarzyć dalej. Tak wiadomo, jest to film opowiadający o prawdziwych wydarzeniach (niekoniecznie oparty na faktach). Ale nawet w takim filmie można budować emocje, wpleść element zaskoczenia czy intrygi. Tak jak zrobił Wajda w „Katyniu”. Temat niby oczywisty. A pokazany w tak niesamowity sposób, że nawet mnie się chciało płakać na ostatniej scenie. Chociaż Anusiak śmieje się ze mnie, że płakałem na filmie „Służące” (obejrzyjcie a też będziecie płakać). Siedziałem tak na tym „Smoleńsku” i patrzyłem tępo w ekran, bo nic mnie w nim nie ciekawiło. Ani muzyka, ani zdjęcia, ani efekty. Pobudziłem się troszeczkę gdy zobaczyłem sceny z 9 sierpnia 2010 roku. Wówczas to przed Pałacem Prezydenckim miała miejsce wielka manifestacja przeciwników krzyża. Byłem tam. Na służbie. Siedziałem wewnątrz Pałacu w pełni uzbrojony do zabezpieczenia demonstracji. Byłem w kompanii przeznaczonej do reagowania na wypadek eskalacji agresji i wybuchu zamieszek. Widziałem to wszystko z odległości około 50 metrów, patrząc z drzwi bocznych pałacu. Później zaczęło mi się nudzić, to usiadłem i oparłem się o szybę, za którą stał Okrągły Stół. Łezka mi się przy tych scenach w oku zakręciła.

Aż do momentu, w którym główna bohaterka dziennikarka (ten film był tak ciekawy, że nawet nie zapamiętałem imion bohaterów) szuka kontaktu z rodzinami ofiar katastrofy. I trafia do podziemia. Uznałem, że moja słaba psychika tego nie zniesie. To rodziny smoleńskie miały tajne podziemie, w którym się spotykały? W którym rozmawiały na temat tego jak walczyć z Rosją, która tuszuje dowody zamachu? A na dodatek na bramce do podziemia stoi ksiądz? Dobrze, że Anusiak kazał mi wziąć dwie setunie. Wypiłem pośpiesznie drugi flakonik okowitki dla spokojności. Miałem ochotę wyjść z filmu. Wstałem i wyszedłem. Do toalety. A idąc czułem, że widzowie patrzą na mnie jak na rosyjskiego agenta. W toalecie spłukałem twarz zimną wodą, spojrzałem w lustro i powiedziałem do siebie „Musisz tam wrócić. Wytrzymasz. Kto inny jak nie ty przekaże Narodowi prawdę o „Smoleńsku”. I wróciłem. I przez resztę filmu czułem się tak:

Bo film jest dwugodzinną indoktrynacją o tym, że był zamach. Każdy kto ma inne zdanie jest zły. Nawet postaci przedstawiane są w taki sposób. Ci, którzy twierdzą, że to była tylko katastrofa są zimni, obcesowi, ironiczni, agresywni i wylewa się z nich jad cynizmu. Natomiast bohaterowie filmu, którzy wierzą w zamach są ciepli, dobrzy, sprawiedliwi, honorowi. Tacy do rany przyłóż, że nie da się ich nie lubić. To tak jak dobre smerfy i zły Gargamel, dobry Kopciuszek i złe siostry, dobry zając i zły wilk, dobre gumisie i zły księciunio. Tylko główna bohaterka przez cały film jest nijaka. Przedstawiona jest jako osoba mało inteligentna, nierozgarnięta, niepotrafiąca sobie poradzić z prostym materiałem i ulegająca manipulacjom. Nie dziwota. W końcu pracowała dla TVMSat. Tak. Nawet nazwa znienawidzonej stacji sugeruje kto przy zamachu manipulował.

Najbardziej jednak zadziwiała mnie reakcja publiczności. Niby wszyscy krzyczą, że TVN kłamie i manipuluje, a 90% stanu widowni (czyli jakieś 60 osób) nie potrafiło przefiltrować tego, jaka propaganda wylewa się z ekranu. Przy scenie, w której jedna z bohaterek z rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej mówi, że w Moskwie przesłuchiwana była 7 godzin, po sali usłyszałem biegnący szmer niedowierzania połączonego z nutą nienawiści do Rosjan. Gdy przy konferencji komisji MAK pada informacja, że nie będzie briefingu premiera Tuska w tej sprawie, bo jest na nartach w Dolomitach, po sali przebiegł szmer nienawiści. Przy scenie, w której Tusk spotyka się z Putinem w Sopocie miałem wrażenie, że w ekran polecą koktajle Mołotowa. Gdy redaktor naczelny TVMSat mówi, że nie puści żadnego materiału dowodzącego teorii zamachu, na sali słychać było pogardliwe parsknięcia. Ludzie nie filtrowali tego żenującego prania mózgu, który lał się z ekranu ciepłym moczem.

Kulminację mojego niedowierzania wywołały sceny końcowe gdy zabici oficerowie w Katyniu spotykają się z ofiarami katastrofy smoleńskiej. Ludzie płakali na „Smoleńsku”. Ja jedyne co czułem to niesmak i zażenowanie. Wstyd mi było za grę aktorów. Niczym to się nie różniło od para dokumentalnych produkcji typu „Daczego Ja”, „Trudne Sprawy” czy „Pamiętniki z wakacji”. Wszystko było siermiężne i toporne z niewyszukanymi i przewidywalnymi dialogami. To już aktorzy grający w „Sensacjach XX wieku” dawali z siebie więcej. A do tego sam film pozbawiony jakichkolwiek reguł, chaotyczny, niespójny. Film klasy zero. To jest jeden z tych filmów, na który nie warto poświęcić więcej niż 10 sekund czasu przy przeszukiwaniu kanałów telewizyjnych. Na studiach oglądałem z przyjaciółmi bardzo dużo filmów. Kolega Robert wynalazł kiedyś czeski film „Ociosanek”. Abstrakcja jakich mało. Jest to film o małżeństwie, które nie może mieć dzieci i przygarnia żyjący kawałek drewna, który wychowują. Mały Otik zjada przy okazji listonosza i sąsiadów. I uwierzcie, ten film był bardziej wciągający niż „Smoleńsk”. Naprawdę. Zobaczcie trailer:

https://www.youtube.com/watch?v=aF8SSyQi-2c

Moje wrażenia po „Smoleńsku”? Czułem się zgwałcony na umyśle i nie mogłem sobie darować, że ja to tak sam sobie uczyniłem (ale to dla Was, więc jak tekst nie odbije się dużym echem to uznam, że film zrobił mi sieczkę z mózgu). Film jest jedną wielką propagandą, która ma dowieźć tego, że był zamach. A każdy kto myśli inaczej i nie dopuszcza do siebie teorii podłożenia ładunków wybuchowych i sztucznej mgły, jest z natury zły. Film nie pomógł mi zrozumieć zwolenników teorii zamachu na prezydenta. Ale dzięki niemu zrozumiałem jedno: obecna ekipa rządząca będzie robić wszystko aby teoria zamachu stała się jedyną słuszną i będą do tego wykorzystywać wszelkie możliwe środki propagandy. W myśl zasady „Kłamstwo powtórzone 100 razy staje się prawdą”. Bo w filmie wielokrotnie pada hasło „Pancerna brzoza”. Szczerze Wam powiem, że sam zacząłem się nad tym w pewnym momencie zastanawiać i przeraziło mnie to, jak mocna jest siła sugestii. Ale na szczęście po 24 godzinach od filmu doszedłem do siebie. A wam radzę: nie idźcie tą drogą. Nie idźcie na film. Wystarczy, że przeczytacie moją recenzję. Bo to film, który nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego.