Nadejszła wiekopomna chwila. Karkołomny się ożenił. Z nieopierzonego pisklęcia i Piotrusia Pana wyrosła głowa rodziny. Nadszedł dzień sądu ostatecznego a z nią wszelkie uciechy kawalerskiego życia zatonęły niczem Titanic. Już to człowiek nie uchleje się z kolegami bezkarnie i nie będzie się szlajał nocami po mieście w wyprawie po złote runo. No ale nie będę tu szerzył męskiego, szowinistycznego defetyzmu i ubolewał jaka to żeniaczka jest zła i niedobra. Wierzę w światełko, które rozprasza mrok i wiem, że tylko na dobre mi to wyjdzie. Bo takiego Anusiaka to tylko ze świecą szukać, co to w myśl słów „Do serca przytul psa” wzięła mnie kulawego, przygarnęła, umyła, wykąpała i dała jeść. I pozwoliła zostać. AVE!

Jeszcze rok temu marzyliśmy z Anusiakiem co by pojechać do Toskani i wziąć cichy ślub w małym kościele. Tylko z rodzicami i świadkami. Bez szumu, blichtru, żenujących zabaw weselnych, zdjęć, wystąpień i całego tego gówna związanego z wielkim weselem. Bo dla mnie wesele to przeżytek. Rok przygotowań żeby gromada ludzi nażarła się, napiła, a na koniec i tak marudziła, że jedzenie niedobre, że rosół na kostce, że mało przystawek, że zespół smęcił, że za długie przerwy robił, a zabaw nie było i w ogóle było drętwo. A żegnając się powiedzą Ci, że dawno się tak pysznie nie bawili i było cudownie, jedzenie och ach, a zespół to skąd wy taki zacny wzięliście. A Tobie człowieku zostanie ból głowy. I 50 tysięcy złotych polskich jak psu w dupę. No bo szalonym trzeba być, żeby majątki na wesela wydawać. Musiałbym na głowę upaść żeby wyrzucić taką kasę na wódę i żarcie. Staropolskie obyczaje. Zastaw się, a postaw się. Jak ktoś ma pieniądze, to proszę bardzo. Rób, szalej, baw się i spraszaj pół gminy i 1/4 powiatu. Bo mitem jest myślenie, że wesele się zwróci. Nigdy się nie zwróci.

Kiedyś kochałem wesela. Rzec by można, że byłem niekoronowanym królem zabaw weselnych. Byłem jako ten Jan Niezbędny, co to najsmutniejsze wesele rozręci. Na niejednej zabawie byłem, niejeden rosół zjadłem, niejedną pierś z kurczaka chwyciłem. Przyświecała mi maksyma „Pić, palić, dziewki hańbić”. Szlajałem się jak ta łajza od wesela do wesela. Ale pojawił się Anusiak, pogroził palcem i rzekł :”Albo ja, albo wesela”. Spytać nie śmiałem „A ile tych wesel by miało być”. Pokornie przystałem na warunki kohabitacji (nie mylić z kapitulacją) i zacząłem wieść żywot racjonalnego inteligenta wymieszanego z nutą dekadencji, szczyptą szaleństwa, garścią fantazji, esencją niewybrednego humoru, wstrząśniętego z nieskończoną miłością. Do Anusiaka. Dni stały się długie a życie wesołe. Obok przestały biegać panny gołe. Anusiak co rano z buziakiem mnie budzi i mówi: „Łajzuto, wyszedłeś na ludzi”.

Jak człowiek zaczyna racjonalnie myśleć i staje się głową rodziny, to zaczyna się zastanawiać po co komu wesele. Gdy ma się już dom i rodzinę, człowiek głupcem musi być żeby wydawać kosmiczne sumy na 2 dni bachanaliów na 100 ludzi, z których połowa na imprezie nieznana a 1/4 niechciana. Ważniejszym jest, co by sakramenty poczynić i niegrzesząc rodzinę powiększać pod pierzyną. Istotny dla człowieka staje się sam ślub. Wesele schodzi na drugi plan. Staje się jakąś nikomu niepotrzebną błahostką. Bo mając rodzinę człowiek zastanawia się, czy przepuścić pieniądze na głupotę, czy zainwestować w nieruchomość. Skąpcem jestem i wybieram to drugie. Rodzice oczywiście mogą pomóc, ale nierozpieszczonym będąc (jak i Anusiak) uważam, że pieniądze mogą wydać na inne przyjemności, niż na spraszanie miliona gości i pokazywanie, że są dobrymi rodzicami. Bo są i bez tego.

Marzenia o toskańskim ślubie skutecznie zmienił nam najmłodszy członek rodziny. Oleństwo. Przyszła i zarządziła. Trudno, co zrobić. Trzeba było znaleźć z Anusiakiem jakiś zamiennik. Długo nie myśleliśmy. Półtora miesiąca temu postanowiliśmy co by chrzciny grzdyla połączyć ze ślubem. Ale wpadliśmy na genialny pomysł: nikt nie dowie się o ślubie. Tylko świadkowie. Gości zaprosiliśmy na chrzciny. W ciągu miesiąca udało nam się wszystko pozałatwiać. Gdy zagrali marsza weselnego konsternacja i osłupienie zapanowały w ławach, a przez kościół przebiegł pomruk zdziwienia. Ale nic to. Wszyscy się cieszyli. Później był obiad. W stargardzkiej restauracji Toskania….Rybka i mięsiwo petarda, a tatar taki, że lepszy niż szynka. Miał być mały ślub w Toskanii i był mały ślub w Toskanii.  Była wódka a grał nam Spotify wespół z Youtubem. Było pysznie. Anusiak był zadowolony. Rodzice byli zadowoleni. Ja byłem szczęśliwy. Oleństwo jako królowa wieczoru chodziła jak te cygańskie dziecko z rąk jednej ciotki do drugiej. I tylko później zgrzytnęło. Bo o fakcie poinformowaliśmy świat przez facebookowe medium. Jedni gratulowali, inni się obrażali. Zrozumiałem wówczas powagę sytuacji. Przecież dla niektórych ślub to i wesele więc potwarzą było wielką nie zaprosić niektórych znanych osób. Ale przecież wesela nie było… I nikt o ślubie nie wiedział. Cóż zrobić gdy niektórzy potępiają to, czego nie rozumieją?