Szczecin nie leży nad morzem. To wiedzą prawie wszyscy. Jednak mimo to miasto Gryfa posiada wiele plusów. Jednym z największych jest bliskość Berlina i dobre połączenie kolejowe z nim. A stolica Niemiec kusi atrakcjami.

Tekst miał powstać prawie miesiąc temu. Bo wspólnie z Rysiami postanowiliśmy świętować rocznicę Powstania Warszawskiego w Berlinie. Jakoś do germańskiej stolicy było bliżej niż do Warszawy. Dlaczego najlepiej udać się do Berlina pociągiem? Ano dlatego, że bilet grupowy (5 – cio osobowy) kosztuje 30 Euro w obie strony. Dodatkowo można poruszać się po Berlinie wszelką komunikacją w cenie biletu. Tak więc w przypadku naszej czwórki (bajtli nie liczę) wyszło 30 zł za osobę w obie strony. Jak ktoś nie ma stada nie musi się martwić – po szczecińskim peronie chodzą ludziska i dopytują się czy ktoś nie chce do grupy pociągowej dołączyć.

Więc kupili my bilet i wsiedli do pociągu. Na wejściu okazało się, że więcej rodaków postanowiło pierwszego sierpnia zdobyć Berlin, przez co tłok w pociągu był niemiłosierny. Anusiak z Rysiową trzymając grzdyle na rękach dostały miejsca siedzące. Rysiu wbił się gdzieś pomiędzy rowerem, wózkiem a 3 walizkami jakichś ludziów. Ja zająłem miejsce najlepsze z możliwych w takiej sytuacji.

Można było nawet przysiąść i kontemplować mijany za szybą krajobraz lub po prostu rozwiązywać w pamięci teorię strun.

Po drodze jest przesiadka w Angermünde. Czas na wyjście z pociągu, przejście przez peron i oczekiwanie na drugi pociąg wynosi 10 minut. Słownie dziesięć. I mimo, że przyjechaliśmy o czasie, to miałem wrażenie, że rodacy pchają się do wyjścia jakby ten, kto wyjdzie ostatni, miał za karę sprzątać wszystkie berlińskie szalety. No pchali się przy wyjściu jak świnie do koryta. I biegło to bydło, jakby przejście 20 metrów miało zająć godzinę. „Fuck me” pomyślałem i na spokojnie z Rysiem poszliśmy tyłem, zastanawiając się nad głupotą tłumu w jego oślim pędzie. 

Dojechaliśmy do Berlina o czasie. Z niemiecką precyzją. Ruszyliśmy na Bundestag, a biały wózek wskazywał nam drogę.

 

Nie mieliśmy kompletnie planu wycieczki. Postanowiliśmy iśc na żywioł i dreptać przed siebie, robiąc po drodze zdjęcia berlińskich wspaniałości. Nie jestem jakoś przekonany do strzelania sobie selfie na każdym kroku. No ale cóż zrobić jak się prowadzi bloga. Przecież to niejako przymus blogosfery. Więc pod Bundestagiem trza było strzelić dziubka. Nie pykło. Tylko głowa rodziny wyszła fotogenicznie.

Jak się okazało po drodze, Anusiak i Rysiowa postanowiły odwiedzić w Berlinie Primark. Napaliły się jak Arab na kurs pilotażu. Co zrobić. Wzięliśmy to z Rysiem na klatę i szliśmy posłusznie w tyle. Na szczęście łajzy nasze w przypływie miłosierdzia pozwoliły nam napić się zimnego Becksa i przegryźć berlińskim bratwurstem w sosie curry. Biały wózek nas prowadził.

 

Przy wieży telewizyjnej wiedzieliśmy, że jesteśmy blisko damskiego celu rozkoszy. W trakcie przemierzania ulic niemieckiej stolicy zrozumieliśmy z Rysiem, że jednak ten wyjazd nie był taki przypadkowy. Że jednak nasze małe modliszki zaplanowały wyjazd w celach zakupowych. Bo przecież Primark jest taki fajny. W mordę! Co może być fajnego w sklepie, w którym można kupić to co w każdym innym? Nasze małe Adolfiny kazały nam jednak stulić dziób i wskazywały, że nie znamy się na niczym. Wbiegły do sklepu zostawiając nas z wózkami. Staliśmy. Czekaliśmy. Żar lał się z nieba. Na szczęście grzdyle poszły z nami na współprace i były nader spokojne. My staliśmy dalej. Anusiak i Rysiowa wykulały się z tego przytułka szatana po około dwóch godzinach. Z nosami zwieszonymi na kwintę. Okazało się, że jednak Primark trąci kupą i nic tam ciekawego nie ma. Ale coś tam jednak na poprawę humoru modliszki kupiły. I dostałem kapelusz od Anusiaka. Tylko, że na mój wielki łeb ciężko cokolwiek dopasować bez przymiarki. „Michu, największy rozmiar kupiłam!” – krzyknął triumfalnie Anusiak. Jak się okazało, mój garnek nie mieści się w europejskich normach wielkości.

No ale my tu gadu gadu, a głód zaczął Rysiowi i mnie zaglądać do oczu. A jak Berlin to tylko bratwurst albo kebap. Z pomocą przyszedł TripAdvisor. I znalazł Rysiu cel naszego głodu. Mustafas Gemüse Kebap. Znaleźlismy nasze White Castle. I ruszyliśmy w drogę. Rysiu włączył Hołowczyca i zaczęliśmy mozolnie dreptać do berlińskiej kebapowej mekki. A trasa okazała się nader długa. Po drodze musieliśmy zostawić kobiety i dzieci, bo przyszła pora karmienia. Grzdyle to jednak mają dobrze. My z Rysiem ruszyliśmy dalej. I gdy wydawało nam się, że cel jest już blisko, to komórkowa automapa przestawiała cel dojazdu podnosząc poziom irytacji. Po drodze mieliśmy niejedną chwilę zwątpienia. Że może jednak nie, że nie ma sensu, że nogi bolą, że przecież mijamy tyle tureckich bud i może weźmy coś na wynos a kobitom wmówimy, że to Mustafa. Ale jednak chęć zaznania tej kulinarnej rozkoszy wygrywała i trwaliśmy w drodze podnosząc się nawzajem na duchu. I gdy dotarliśmy do skrzyżowania i widzieliśmy mustafowy white castle musieliśmy się rozdzielić. Postanowiliśmy, że Rysiu pierwszy zdobędzie szczyt, a ja wróce po nasze białogłowy, które same zostały na ziemi wroga. I wróciłem. I zastałem. Bazyliszki gotowe zabić wzrokiem. A nie wiedziały jeszcze, że droga dłuższa i trudniejsza będzie od zdobycia K2. Ruszyłem przodem czując na plecach chłód ich spojrzeń i z pokorą słuchając wyrzutów, że ich Primark w porównaniu z naszym mustafowym wymysłem to pikuś. Że przecież one chcą do zoo albo gdzieś indziej (nie wiem, nie słuchałem, jak prawdziwy facet w takich momentach zamknąłem się w swoim pudełku nicości). I nawet zero było wdzięczności, że przeprowadziłem je cało przez berlińskie ulice i doprowadziłem do celu. Bo Mustafa to nie jest taki zwykły kebap gdzie przychodzisz, bierzesz i wychodzisz. Na Mustafę trzeba poczekać. Do Mustafy trzeba dojrzeć. Trzeba docenić jego kunszt. Bo kolejka do Mustafy to jakieś 2 godziny czekania. Bo Mustafa to sprawdzian charakteru. Człowiek musi wygrać ze swoimi słabościami i wątpliwościami. A tych w czasie dwugodzinnego stania w kolejce jest niemiłosiernie dużo. Bo przecież naokoło jest wiele pokus. Człowiek nie raz pomyśli w kolejce, że może jednak wyjść z niej i zajrzeć do pobliskiej pizzerii, w której włoski placek dostaje się po 5 minutach. I walczy człowiek z głodemi i ćwiczy silną wolę. Ale zapamiętajcie sobie jedno: gra jest warta świeczki. Nagroda na końcu łańcucha pokarmowego jest iście wyśmienita. Bo człowiek nie dostaje tylko bułki z mięsem i warzywami. Dostaje starannie dopieszczony produkt. Wtapiając zęby w chrupiącą bułkę, soczyste mięso i kruche warzywa człowiek przenosi się na głośne ulice Stambułu. I nawet Rysiowa z Anusiakiem nam wybaczyły gdy zaznały smaku znad cieśniny Bosfor. I nawet długi powrót do dworca piechotą nie był już straszny.

I na koniec dnia wyszło nam nawet berlińskie selfie. A w pociągu powrotnym wyszystkie dzieciaki spały: Ola, Olek, Rysiu i Karkołomny ja. I tylko Rysiowa z Anusiakiem czuwały nad całością swojej gromady. Bo mamuśki to jednak silne łajzy są.

Ale postanowiliśmy, że wycieczek do Berlina będzie więcej. Bo połowa dnia minęła na poszukiwaniu Mustafy.